wtorek, 7 lutego 2012

Chrześcijańska Żarówka

Mniej więcej dwa lata temu pisałem trochę na temat inności. Ponieważ jestem bardziej ambitny niż papier toaletowy i wiem, że trzeba się rozwijać, postanowiłem dzisiaj napisać trochę podobny post, w tym samym klimacie, jednak z uwzględniłem tego, co Duch Święty mówi do mnie ostatnim czasy, a naśladując post o węglu, dzisiaj również dla urozmaicenia, skorzystam z wiedzy z moich studiów.

A więc czy wiecie, jak wygląda i do czego służy żarówka? Żarówka służy do świecenia. Jest zazwyczaj okrągła (lub ma inny kształt, po to, aby zwiększyć swoją powierzchnię) i świeci całą swoją powierzchnią. O ile jest stale podłączona do źródła zasilania, świeci przez cały czas, aż do swojej śmierci. Ciekawostką jest to, że jeśli włączymy żarówkę i nigdy nie będziemy jej gasić może ona świecić bardzo długo nawet ponad 100 lat. Czas „życia” żarówki maleje wraz z przełączaniem tzn. włączaniem i wyłączaniem. Światło żarówki świeci we wszystkich kierunkach (nawet w stronę nóżki choć z tego fragmentu światła nie korzystamy). Dlaczego mówię o żarówce? Bo uważam, że najskuteczniejszej metody ewangelizacji możemy uczyć się właśnie od... żarówki !

A Jezus przemówił do nich tymi słowy: Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota” - J 8:12

Jezus jest drogą, prawdą i życiem (J 14:6), jest także światłością (lub blaskiem światła). Światło z punktu widzenia fizyka jest tylko falą elektromagnetyczną o określonej częstotliwości i polaryzacji. Jezus jest jednak czym więcej niż taką falą. Gdy fala elektromagnetyczna uderzy w coś, powstaje bardzo wiele zjawisk (za wyjaśnienie jednego z nich A. Einstein dostał nagrodę nobla). Jednym z tych zjawisk jest ciepło które odczuwamy, gdy pada na nas światło. Głównym jednak atutem światła jest to, że rozprasza ciemność.

Jezus tak jak i ta fala również przynosi ciepło do naszego serca, którego można doświadczyć tylko, gdy stanie się odpowiedni blisko jego blasku. Tak samo też, jak fala Jezus rozprasza ciemność serca, która jest metaforą umiłowania do grzesznego życia. Tak więc każdy, kto skonfrontuje się z Jezusem i przyjmie go do swojego serca, zostanie oczyszczony z tego umiłowania i jego serce zostanie wypełnione tym światłem – jakby źródłem światła, które teraz będzie świecić w nas i przez nas. Gdy Jezus jest w naszym życiu w sposób realny, a nie tylko z plakietki „chrześcijanin” to można to przyrównać do zapalania lampy, która od chwili zapalenia zaczyna świecić jak wspominania wcześniej żarówka.

Czym różni się jednak żarówka od lampy? Żarówka potrzebuje prądu, lampa natomiast pali się dzięki olejowi, który jest w niej. Olej zaś w biblii jest symbolem Ducha Świętego. Tzn. że bez Ducha nie będziemy świecić, nawet jeśli zostaniemy „zapaleni” przez samego Jezusa.

Gdy więc tak jak jest napisane w J 8:12, gdy będziemy iść za Jezusem i będziemy mieli jego światło w sobie, zaczniemy świecić tak jak lampy. Tak jak lampy, a jednocześnie, tak jak żarówki. A więc napełnieni Duchem Świętym i podpiętym (czyli będąc z nim w ścisłej relacji) do Ojca który jest w niebie.

Ok. Po tym przydługim i naukowym wstępie możemy przejść do sedna:

Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” - Mat 5:14,16
Idźcie więc i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” - Mt 28:19

Z powyższych wersetów jasno (☺) wynika, że światłość, którą dał nam Jezus, nie służy nam tylko po to, aby było nam ciepło, miło i fajnie, ale przede wszystkim po to, aby widzieli ją inni i oddawali chwałę Bogu, a aby ktoś mógł oddać chwałę Bogu, musi się nawrócić, a więc wniosek końcowy jest taki, że świecenie jest formą ewangelizacji i moją tezą, którą stawiam, jest to, że jest ona również najlepszą formą ewangelizacji, jaka jest dostępna człowiekowi (w odróżnieniu od daru ducha, który się nazywa „słowo wiedzy” tzn. proroczym objawieniu komuś tego, co akurat jest idealnym kluczem do jego serca).

Prowadźcie wśród pogan życie nienaganne, aby ci, którzy was obmawiają jako złoczyńców, przypatrując się bliżej dobrym uczynkom, wysławiali Boga w dzień nawiedzenia” - 1P 3:12

Ostatnio słyszałem pewną rozmowę między pastorem a członkiem mojego kościoła. Prosił on o modlitwę i pomoc o nawrócenie jego dziewczyny, która była niewierząca i prowadziła rozwiązłe życie. Już samo to że chrześcijanin mówi o osobie niewierzącej jako o swoim chłopaku/dziewczynie wydało mi się dziwne, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Otóż po chwili rozmowy wyszło na jaw, że ów „chrześcijanin” mieszka z tą swoją dziewczyną od dłuższego czasu i nie widział nic złego min. w seksie przedmałżeńskim z nią. Gdy to wyszło na jaw, pastor ten powiedział mniej więcej coś takiego: „Człowieku! Możesz modlić się za tę dziewczynę milion lat, aby poznała Boga i zaczęła być chrześcijanką, ale jeśli ty nie pokażesz jej, jak to chrześcijaństwo ma wyglądać to skąd ona ma to wiedzieć? Jeśli ty jako chrześcijan prowadzisz niemoralne życie, jak możesz oczekiwać, aby ona stała się chrześcijanką? Ona jako niewierząca żyjąca do tej pory niemoralnie, po prostu nie widzi różnicy, między tym jak było, jak jest i jak miało, by według ciebie być. Czy ma to dla ciebie jakieś znaczenie, że ktoś przyklei jej plakietkę „chrześcijan”? Upamiętniaj się najpierw ty i dojdź do czystości w swoim sercu, a wtedy się okaże czy ona chce być z tobą dla ciebie, czy może tylko dla grzechu”.

Powyższa historia uczy mnie, że chcąc, aby inni, którzy są wokół mnie i z którymi rozmawiam i o których się modlę, naśladowali Chrystusa i stawali się jego uczniami, ja sam muszę naśladować Chrystusa i być jego uczniem.

Gdy przychodzi do was akwizytor i chce wam sprzedać szampon, twierdząc, że jest najlepszy na świecie, to czy nie zapytacie się go, czy on sam go używa? A jeśli odpowie, że używa, a jego włosy będą przypominać obraz nędzy i rozpaczy to czy zachęcił, czy zniechęcił was do kupienia tego szamponu?

Wróćmy jeszcze raz do żarówki. Jak pisałem, możemy się od niej uczyć. Czego? Świecenia! Tak jak podłączona żarówka świeci przez cały czas i całą swoją powierzchnią, my jako chrześcijanie musimy pamiętać, że również „świecimy” przez cały czas wszystkim, co robimy i że oczy niewierzących patrzą na nas ciągle i tylko szukają momentu, aby nam wytknąć, że wcale nie są gorsi od nas. Tak jak rodzice muszą się nauczyć, że ich małe dziecko obserwuje ich bardzo uważnie, tak i my musimy się nauczyć, że chrześcijaninem nie jest się tylko w kościele albo podczas ewangelizacji ulicznej, ale 24 na dobę, w pracy, w domu, a także i internecie.

Ale co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to kala człowieka” - Mt 15:18

Jestem dosłownie zażenowany tym iż spora część moich znajomych na Facebooku, którzy każą siebie nazywać chrześcijanami, publikuje zdjęcia i filmiki, które są rażąco niechrześcijańskie i nie mają nic wspólnego z apostolskim trybem życia, do którego namawiał Chrystus, a którego przecież mamy naśladować! Owszem. Sprośne żarty i fotografie półnagich kobiet są pokusą, ale z tą pokusą trzeba walczyć, a nie cieszyć się nią i dzielić z innymi „chrześcijanami”.

Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością?” - 2Kor 6:14

Owszem. Mamy być w tym świecie, ale będąc w tym świecie, musimy być inni, nawet jeśli będzie nas to kosztować przywilej cierpienia za wiarę. Musimy pokazywać tym ludziom dookoła, że jesteśmy inni i że nasza inność jest źródłem naszego szczęścia i radości z żywota wiecznego, którego wyczekujemy!

Jak więc być innym? Jak świecić? Omówmy to na przykładzie ewangelizacji: Zamiast tłuc kogoś po głowie wersetami z biblii i wrzeszcząc o tym jaki to ogień czeka grzeszników, odsuńmy się lekko na bok, robiąc miejsce Duchowi Świętemu, który będzie każdą osobę traktował indywidualnie, oraz który będzie dawał wskazówki dla ciebie, jak masz działać oraz co, kiedy i jak mówić. Ponadto świećmy przykładnym chrześcijańskim życiem: Miłujmy nieprzyjaciół, wybaczajmy, czytajmy słowo, módlmy się nieustannie, nie oszukujmy, nie przeklinajmy itd. Ludzie to zauważą i będzie ich to intrygować, a gdy zaintrygowani zapytają, dlaczego my tacy jesteśmy, ich serce będzie już gotowe, aby przyjąć ziarno. To właśnie miał na myśli Jezus, gdy mówił:

Dlatego wam powiedziałem, że nikt nie może przyjść do mnie, jak tylko ten, któremu zostało to dane od Ojca” - J 6:65

Ci, którzy wierzą w predestynacje, interpretują słowa „Dane od Ojca” jako zdecydowanie przez Boga przed stworzeniem świata kto będzie zbawiony a kto nie. Nie wchodząc w tę dyskusję, uważam, że jest to przykład na to, że aby ewangelia mogła do kogoś dotrzeć (w sense do jego serca) i aby mógł być zbawiony, wcześniej musi zajść pewien proces w jego sercu, który czyni sam Ojciec jako idealne dopełnienie roli w trójcy świętej. Ojciec przygotowuje serce, Duch Święty objawia Jezusa,a Jezus zbawia.

Nie chcę was straszyć, jednak musimy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie: A co, jeśli nie będziemy świecić? Tu biblia jest bardzo jasna:

Jeśli tedy sól zwietrzeje, czymże ją nasolą? Na nic więcej już się nie przyda, tylko aby była precz wyrzucona i przez ludzi podeptana” - Mt 5:13

A już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona; wszelkie więc drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, zostaje wycięte i w ogień wrzucone” - Mt 3:10
Kto nie trwa we mnie, ten zostaje wyrzucony precz jak zeschnięta latorośl; takie zbierają i wrzucają w ogień, gdzie spłoną” - J 15:6

Jeśli to, co napisałem, dotyka cię i czujesz potrzebę zmiany, to chcę dać ci jeszcze jedną przestrogę. Tak jak życie żarówki skraca się poprzez włączanie i gaszenie, tak samo i życie chrześcijanina skraca się, gdy nieustannie gasi i zapala on swoje wewnętrzne światło, które dał mu Jezus. Jeśli zapalasz swoje światło tylko wtedy gdy ktoś ci o nim przypomni a za kilka dni (tygodni, miesięcy) znowu je gasisz, aby potem znowu zapalić i zgasić to jesteś na najlepszej drodze do tego, aby zgasnąć na zawsze. A jak sam wiesz, przepalonej żarówki ani stłuczonej lampy nie naprawi już, ani prąd, ani nowe światło.


Przeto, umiłowani moi, jak zawsze, nie tylko w mojej obecności, ale jeszcze bardziej teraz pod moją nieobecność byliście posłuszni; z bojaźnią i z drżeniem zbawienie swoje sprawujcie” - Flp 2:12

Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie?” - Mat 6:23b

sobota, 14 stycznia 2012

Historia o Królu

   Było sobie kiedyś królestwo i w królestwie tym panował Król i byli jego poddani. Król kochał poddanych, a poddani kochali Króla. Królestwo to dobrze prosperowało i wszystkim dobrze się wiodło. Lecz pewnego dnia przybył posłaniec z innego królestwa i podburzył poddanych przeciwko Królowi i wtedy powstał chaos i bunt. W trosce o bezpieczeństwo królestwa Król musiał więc wprowadzić prawo, bardzo surowe prawo, aby poddani nie niszczyli siebie nawzajem ani jego królestwa. Prawo to miało przypominać poddanym, kto jest ich królem, było nieprzekraczalne i choć dobre, było bardzo surowe, gdyż jedyną karą za przekroczenie któregokolwiek przepisu była śmierć.
    I tak królestwo dalej funkcjonowało. Co jakiś czas ktoś trafiał do celi śmierci, ale królestwo funkcjonowało sprawnie. Niestety nie upłynęło wiele lat, gdy okazało się, że wszyscy obywatele królestwa byli już w celi śmierci i czekali na wyrok. I zasmucił się bardzo król z tego powodu, że straci wszystkich swoich poddanych, których przecież kochał. Wtedy podszedł do Króla jego umiłowany jedyny syn i rzekł: „Ojcze, ja jedyny nie przekroczyłem twoich praw, a ponieważ kocham tych ludzi tak jak i ty ich kochasz, pozwól mi, zamiast nich odbyć karę. Ja pójdę na śmierć zamiast nich wszystkich”. Król choć niechętnie zgodził się i posłał syna swojego, aby ten porozmawiał z nimi i zapytał się ich czy oni przyjmą taką wymianę.
    Syn królewski opuścił więc pałac i poszedł pod drzwi celi śmierci i rozmawiał z ludźmi, lecz oni go nie usłuchali, gdyż nienawidzili go. Skrzyczeli go i nawyzywali, a z powodu zaćmienia ich umysłów twierdzili, że życie w celi podoba im się i nie chcą go zmieniać. Cóż więc miał zrobić syn królewski? Odszedł zasmucony, podszedł do kata i bez zgody obywateli, mając jedyne zgodę swojego ojca, poświęcił swoje życie za nich. A gdy ciało jego legło bez życia, drzwi do celi otworzyły się i poddani stalli się wolni. Wtedy niektórzy z nich którzy pamiętali jeszcze czasy, gdy byli wolni i kochali króla i jego syna wyszli na zewnątrz, a widząc martwe ciało syna królewskiego, rzekli każdy do siebie samego, że chcą być innymi ludźmi i nie chcąc już żyć tak jak wcześniej, gdy zasłużyli na swoją karę. Król zaś widząc, że syn jego nie żyje, podszedł do tych, którzy wyszli i rzekł im: „Skoro syn mój nie żyje, bo oddał życie swoje za was, w takim razie wy będziecie mi teraz synami i córkami i staniecie się częścią królewskiego rodu. Od teraz będzie się was tyczyło tylko królewskie prawo, które jest inne od tego prawa, które ustanowiłem wcześniej i nie będzie już śmierci między wami”, a mówiąc to, dał im szaty królewskie, które oni ubrali.
    Ale nie wszyscy chcieli wyjść z celi śmierci choć była otwarta. Niektórzy zostali w niej, bo bali się Króla, inni zaś bali się kary nie wierząc, że jest wybaczona, jeszcze inni zaś znikczemnieli w sercach swoich i nienawidzili króla tak bardzo, że woleli trwać w celi niż się z nim widzieć. I zasmucił się znowu Król, gdyż kochał ich bardzo, a już nic więcej nie mógł zrobić dla nich, bo przecież cela była już otwarta i kto chciał, mógł przecież wyjść. Pomyślał jednak Król, że da im jeszcze kilka lat, aby się mogli zastanowić, zmienić zdanie i wyjść. Tak więc przekonał Król kata, aby poczekał kilka lat, zanim wykona swój wyrok, a potem rzekł Król do tych, którzy wyszli: „Wy jesteście moimi nowymi synami i macie moje ubrania, wy idźcie do tych, którzy zostali w celi i przekonajcie ich, że jestem dobry, że ich kocham i że syn mój jedyny wziął już ich karę na siebie. Ja dam wam wszystko, co tylko będzie trzeba i wszelką moc królewską, abyście tylko byli skuteczni w przekonaniu tych, którzy zostali”.
    I oni poszli do tamtych i weszli do celi ubrani w szaty królewskie. Lecz niestety niektórzy z nich, gdy weszli i zobaczyli zabawy i rozpustę mieszkańców celi, zdjęli swoje królewskie szaty, podeptali je i opluli, choć mieli jeszcze w pamięci obraz syna królewskiego, który za nich umarł. Dla takich nie było już więc ratunku. Inni jednak gdy weszli do celi i zaczęli opowiadać i głosić o Królu i synu królewskim zostali odrzuceni i pobici przez więźniów, jednak król uratował ich przed śmiercią w tym miejscu i zabrał ich do pałacu. Jeszcze inni, którzy opowiadali o synu królewskim, przekonali wielu. A ci, którzy dali się przekonać, aby wyjść z celi, gdy wychodzili, zobaczyli na zewnątrz ciało syna królewskiego, i powiedzieli sami do siebie, że chcą żyć inaczej. Również i oni dostali szaty królewskie i stali się nowymi synami, a gdy się stali nowymi synami również i oni poszli do celi ubrani w szaty królewskie, aby przekonać tych, którzy zostali. I trwało to wiele lat.
    Gdy jednak minęły lata, które ustanowił Król, aby odwlec karę, kat musiał przystąpić do swojego dzieła, gdyż pierwotne prawo było nieprzekraczalne i nawet król nie mógł go anulować. Wyciągał więc kat ludzi w celi którzy nie mieli czystej szaty królewskiej i przyprowadził ich na ścięcie, a oni widząc po drodze ciało syna królewskiego, żałowali, że nie uwierzyli, gdy im głoszono, lecz teraz było już za późno. I kat stracił tego dnia bardzo wiele osób. Był to dzień płaczu i zgrzytania zębów.  
    Gdy dopełniło się jednak prawo i wszyscy z celi zostali już zabici, rzekł Król do swoich nowych synów: „Niech oczy nasze nigdy więcej nie oglądają już śmierci tak jak dzisiaj. Uczyńmy więc Nowe Królestwo, w którym wszyscy są synami i córkami moimi, a więc wszyscy są pod prawem dziedzica królewskiego”. A ponieważ wszyscy, którzy zostali, kochali Króla, tak więc zgodzili się na to i było wielkie wesele i wielka radość, a nowe Królestwo, które zbudowali, trwało już wiecznie i nikt nie mógł zakłócić ich radości przebywania z ich Królem, który był teraz ich Ojcem.

A historię tą opowiedziałem ci, ponieważ i ja jestem nowym synem, którymi są wszyscy w kościele Boga żywego. Królem moim jest Bóg, ty zaś choć tego może teraz nie widzisz, jesteś w celi śmierci i czekasz na wyrok. Syn Królewski Jezus Chrystus umarł już za ciebie i drzwi do celi są otwarte. Ja przyszedłem, aby ci o tym powiedzieć, aby gdy przyjdzie dzień sądu ostatecznego, miał miejsce przy stole w niebie i abyś nie musiał tego dnia płakać i żałować, ale abyś miał życie wieczne.

Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” - Obj 3:20

niedziela, 11 grudnia 2011

Królewska Armia

Dzisiejszy post nie jest o instytucji kościelnej ani o armii żadnego istniejącego państwa na ziemi, ale o armii, do której należą wszyscy nowo narodzeni uczniowie Jezusa.

I szły za nim wojska niebieskie na białych koniach, przyobleczone w czysty, biały bisior. [...] A na szacie i na biodrze swym ma wypisane imię: Król królów i Pan panów.” - Obj 19:14,16

W Biblii warszawskiej Bóg, aż 189 razy jest nazwany imieniem Pan Zastępów. Zastanawialiście się kiedyś o jakie zastępy tu chodzi? Oczywiście można powiedzieć, że Bóg jest Panem zastępów anielskich, ale w ściślejszym tłumaczeniu greckie słowo Άνγελόν [Angelon] jest tłumaczone jako "zwiastun", a więc nie koniecznie ogranicza się to tylko do istot duchowych. Jan Chrzciciel jest nazwany tym samym słowem (Mt 11:10), a nie był przecież Aniołem w potocznym rozumieniu tego słowa.

I widziałem, a oto Baranek stał na górze Syjon, a z, nim sto czterdzieści cztery tysiące tych, którzy mieli wypisane jego imię na czole i imię jego Ojca, […], którzy zostali wykupieni z ziemi. Są to ci, którzy się nie skalali z kobietami; są, bowiem czyści. Podążają oni za Barankiem, dokądkolwiek idzie. Zostali oni wykupieni spomiędzy ludzi jako pierwociny dla Boga i dla Baranka. I w ustach ich nie znaleziono kłamstwa; są bez skazy." - Obj 14:1,3-5

Powyższy werset jest jednym z wielu, które wykazują, że armią zastępów pana są synowie Adama, którzy wyprali swoje szaty w krwi Chrystusa stając się jego uczniami. Oznacza to, że jest tu mowa o nas.

O tym, że z punktu widzenia biblii mamy być wojownikami pisałem w poście Wojownicy Chrystusa dzisiaj chciałem jednak rozszerzyć tamten temat.

Od zarania dziejów, gdy grzech panował już na ziemi ludzie toczyli ze sobą wojny. Niewielu jednak wie, że rekrutacja żołnierzy do armii za czasów starożytnych w pewnym momencie zmieniła się na bardzo niszczącą w skutkach i to właśnie w tej formie znamy ją obecnie. Tym, który zreformował rekrutację a w konsekwencji i samą wojnę był rzymski polityk Gajus Mariusz (156-86 p.n.e.). Przed jego reformą wojsko było obywatelskie lub rodowe. Tzn. armia składała się tylko z ludzi szczerze i z serca oddanych sprawie (np. obronie lub poszerzeniu swojego terytorium), sami wybierali oni sobie przywódcę i najczęściej był, nim najstarszy w rodzie lub król, którego wybrali sami sobie. Ich głęboką motywacją było to, aby jak najszybciej skończyć swoje zadanie w wojsku jak najmniej się przy tym zmęczyć lub komukolwiek narazić i wrócić do swoich domów i rodzin. Mimo to byli bardzo oddani, gdyż walczyli najczęściej o swoje własne dobro, które dobrze rozumieli (np. obrona swoich domów przed grabieżcą). W zdecydowanej większości byli to ludzie, którzy na czas wojny zostawiali swoje domy, żony i swoje prace przy polu aby na pewien krótki czas stać się żołnierzami. Z oczywistych względów nie byli to dobrze wyćwiczeni wojownicy.
Wszystko się zmieniło, gdy Gajus Mariusz wprowadził wojsko zawodowe, do którego wcielił ludzi opłacanych żołdem, których zabijanie i wojna była pracą (często jedyną), którzy często nie mieli nic do stracenia i, których nie obchodziło, o co walczą i kogo zabijają, byle, by tylko dobrze, im zapłacono. Takich żołnierzy łatwo było wytrenować na maszyny do zabijania oraz łatwo było nimi manipulować, gdyż nie znali oni prawdziwych intencji swoich dowódców, których najczęściej nie znali (np. cesarzy).


Po tym trochę przydługiej lekcji historii zadam wam pytanie. Z jakich wy powodów jesteście w armii Chrystusa? Czy może dlatego, że ktoś wam kazał? A może dlatego, że ktoś obiecał wam sowite nagrody? A może w ogóle jesteście dezerterami i nic was nie obchodzi los wojny dobra ze złem? Nawiasem mówiąc ta wojna jest już wygrana i przypomina bardziej wygaszanie partyzantki wroga. 

Pomyślcie, Jezus jest Królem królów i stoi na czele swojej armii. Członkami jego armii nie są jednak najęci zabójcy ani obcy przybysze, ale członkowie rodziny (zobacz post Godność Dziedzica) tak jak za czasów sprzed reformy Gajusa. Jaka to różnica zapytacie ?

Nasz militarny zwierzchnik i nasz generał to jednocześnie nasz Ojciec. Walczymy, więc nie o coś dla nas obcego, ale o wpływ naszej rodziny i naszego przyszłego domu. Walczymy dla chwały naszego ojca, a do tego walczymy razem z nim ramię w ramię.

Lecz teraz, bądź mężny, Zorobabelu! - mówi Pan. - Bądź mężny, arcykapłanie Jozue, synu Jehosadaka! Bądź mężny, cały ludu kraju! - mówi Pan. - Do dzieła, bo ja jestem z wami! - mówi Pan Zastępów” - Ag 2:4

Nie tylko my znamy naszego dowódcę, ale i On zna nas! Jest też naszym bratem i przyjacielem i nie zostawi nas samych, gdy mówiąc językiem militarnym „łamie się linia” (tzn, gdy jesteśmy bliscy załamania się i poddania).

Oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” - Mt 28:20

sobota, 1 października 2011

Bóg wybacza

Ostatnio czytałem szesnasty rozdział księgi Ezechiela i chciałbym podzielić się z wami pewną refleksją, którą jak wierze Bóg włożyć mi do serca poprzez czytanie tego słowa. Nie będę przytaczać całego rozdziału, ale sparafrazuje sens.

Wyobraźcie sobie noworodka - dziewczynkę, która zaraz po urodzeniu zostaje wyrzucona w błoto na polu ziemniaków. Wymazana krwią, z nieodciętą pępowiną leży twarzą w błocie i płacze. Rodzice skazali ją na śmierć i nie przyznają się do niej. I wtedy pojawia się Bóg i mówi: „Ja widzę w tobie piękno, dlatego chcę, abyś żyła”. I wtedy Bóg wkorzenił tę małą dziewczynkę na tym polu i stała się jak roślina rosnąca na polu. I tak dziewczyna podrosła aż stała się piękna i gotowa do zamaż pójścia. I wtedy Pan pojął ją sobie za żonę i dał jej wszystko, co cenne w oczach ludzkich.

A gdy znowu przechodziłem koło ciebie i widziałem cię, oto nadszedł twój czas, czas miłości. Wtedy rozpostarłem nad tobą poły swojej szaty i nakryłem twoją nagość, związałem się z tobą przysięgą i zawarłem z tobą przymierze - mówi Wszechmocny Pan - i stałaś się moją” - Ez 16:8

A twoja sława z powodu twojej piękności rozeszła się wśród narodów. Była bowiem doskonała dzięki mojej ozdobie, którą włożyłem na ciebie - mówi Wszechmocny Pan” - Ez 16:14

Tak Pan uczynił swoją miłość wolną tak, że mogła czynić wszystko, co zechce, oczekując jednak od niej wierności i miłości (jak każdy mąż). Ona jednak go zdradziła i to bardzo często.

Wyobraźcie sobie mężatkę, którą mąż tak hojnie obdarzył, a ona całe jego bogactwo rozdawała przechodniom na ulicy, aby ci chcieli uprawiać z nią seksualne orgie. Wyraźcie sobie matkę, która zamordowała swoje dzieci tylko po to, aby przyciągnąć do siebie więcej kochanków i prostytuować się z nimi dając im jeszcze dopłatę z portfela swego męża. Nimfomanka, która bezwstydnie rozkłada nogi przed każdym na ulicy, byleby tylko zaznać czym więcej rozkoszy, bez względu na cenę. I co na to mógł powiedzieć jej mąż?

Tak mówi Wszechmocny Pan: Ponieważ twój srom był obnażony i twoja nagość odsłonięta podczas uprawiania nierządu z twoimi kochankami i ze wszystkimi twoimi ohydnymi bałwanami, i z powodu krwi twoich dzieci, które im ofiarowałaś, dlatego, zaiste, zbiorę wszystkich twoich kochanków dokoła ciebie i wobec nich odsłonię twoją nagość, i zobaczą cię zupełnie nagą. I będę cię sądził według praw o cudzołożnicach i zabójczyniach i wydam cię na pastwę gniewu i zapalczywości.” - Ez 16:36-38

Ponieważ nie pamiętałaś o dniach swojej młodości i rozjątrzyłaś mnie tym wszystkim, dlatego również Ja zażądam od ciebie odpowiedzialności za twoje postępowanie - mówi Wszechmocny Pan” - Ez 16:43

Wielka Boża sprawiedliwość domaga się zadość uczynienia. Gniew pana jest słuszny i sprawiedliwy. Jednak nasz Bóg oprócz tego, że jest sprawiedliwy, jest też Bogiem łaski, dlatego mówi on dalej:

Ponosisz karę za swoje ohydne postępowanie i za swoje obrzydliwości. Bo tak mówi Wszechmocny Pan: Postąpię z tobą, jak ty postąpiłaś - ty, która wzgardziłaś przysięgą i złamałaś przymierze. Lecz wspomnę o moim przymierzu z tobą w dniach twojej młodości i odnowię z tobą przymierze wieczne. [...] I odnowię moje przymierze z tobą, i poznasz, że Ja jestem Pan, abyś pamiętała i wstydziła się, i już nigdy nie otworzyła ust ze wstydu, gdy ci przebaczę wszystko, co uczyniłaś - mówi Wszechmocny Pan” - Ez 16:58-63

Czy potrafi cie to zrozumieć? Bóg w swoim miłosierdziu odpuszcza swojej małżonce wszystkie jej winy, choć wydają się one ogromne. Taki właśnie jest nasz Bóg!

Panie! Łaska twoja do niebios sięga, Wierność twoja aż do obłoków” - Ps 36:6

Czym innym jest za to ponoszenie konsekwencji swojego czynu. Nasz Bóg odpuszcza nam wszystkie nasze grzechy i akceptuje nas bezwarunkowo poprzez łaskę. Łaska jednak nie polega na tym, że my grzeszymy, a on nam w kółko wybacza, ale na tym, że Bóg daje nam szansie, aby nie popełnić tego błędu ponownie i dlatego właśnie konsekwencje nie mogą nas ominąć. Gdyby nas ominęły, to nic byśmy się nie nauczyli.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt. Przez wielu ludzi Bóg w starym testamencie uważany jest za strasznego tyrana i okrutnika. Bóg mówi, że gdy spadnie sąd na ową niewiastę, to nasyci się swoją sprawiedliwością i uspokoi się.

I ułagodzę mój gniew przeciwko tobie, a moja popędliwość wobec ciebie ustąpi; uspokoję się i już nie będę się gniewał” - Ez 16:42

Bóg jednak całkowicie wybaczył owej niewieście, więc tym bardziej wybaczy nam, którzy żyjemy już nie pod zakonem Prawa, ale pod zakonem Jezusa.

„[Jezus] wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża, rozbroił nadziemskie władze i zwierzchności, i wystawił je na pokaz, odniósłszy w nim triumf nad nimi” - Kol 2:14-15

Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni. Poświadcza nam to również Duch Święty; powiedziawszy bowiem: Takie zaś jest przymierze, jakie zawrę z nimi po upływie owych dni, mówi Pan: Prawa moje włożę w ich serca i na umysłach ich wypiszę je, dodaje: A grzechów ich i ich nieprawości nie wspomnę więcej” - Hbr 10:14-17

Wszelki Boży gniew i Boże domaganie się sprawiedliwości za twój grzech zostało całkowicie zaspokojone w doskonałej ofierze Chrystusa, który oddał za twój grzech życie. Teraz gdy zamieniłeś się z nim rolami, to on cierpi za twój grzech, a ty jesteś uświęcony do doskonałości i radości Pana (zobacz post Godność Dziedzica). Nie ma już gniewu Ojca, ale jest miłość i akceptacja.

Pamiętaj: Ze względu na twoje przymierze z Jezusem, nie ma takiego grzechu, którego Bóg, by nie mógł ci wybaczyć. Jesteś czysty i możesz przystąpić z ufnością do tronu łaski!

"Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym."- Rz 8:38-39

Polecam też post Boża miłość a grzech.

poniedziałek, 12 września 2011

Boża oblubienica

Jak większość z nas wie z listu do Efezjan, mężczyzna jest głową żony tak jak Chrystus jest głową kościoła. (Ef 5:23) Jednak zawsze coś mi w tych fragmentach nie pasowało.

Większość ludzi (i ja kiedyś także) w ogóle nie widzi różnicy między kościołem w sensie budynku i kościoła w sensie ludzi. Ja przyjąłem jednak na wiarę tą definicję i powoli starałem się ją wdrożyć do swojego myślenia. Wciąż jednak gdy czytałem te wersety rozumowałem podświadomie kościół jako budynek, a jak Chrystus może mieć za żonę budynek?

Objawienie przyszło do mnie gdy przeczytałem definicje kościoła w oryginale jako "społeczność wywołanych"

"Mężowie, miłujcie kobiety [swoje], jak i Chrystus umiłował społeczność wywołanych i wydał za nią samego siebie, aby ją uświęcić oczyściwszy kąpielą wodną w słowie" - Ef 5:25-26 (dosł)

A więc (ta) społeczność wywołanych to rodzaj żeński i wszystko się zgadza! Mało tego. Z takiej definicji wypływa coś więcej.

Społeczność jest czymś więcej niż tylko kościołem w sensie potocznym. To już na pewno nie budynek i nie grupka ludzi z legitymacjami o tej samej nazwie. Społeczność to ludzie którzy mają że sobą głębokie relacje i którzy są gotowi służyć sobie nawzajem poprzez miłość. Społeczność jest wtedy gdy ludzie współpracują ze sobą jako jedno ciało. Właśnie wtedy to jedno [kobiece] ciało jest tym ciałem który pokochał Chrystus.


"Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych" - Obj 19:7-8

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Uczniowie Chrystusa

Kim jest uczeń Chrystusa i co to właściwie znaczy? Być może nigdy nie zadałeś sobie tego pytania czytelniku, ale jeśli zdecydowałeś się na przeczytanie tego posta, to w tym momencie zostałeś zmuszony do odpowiedzi na nie. Być może pomogą wam w tym moje przemyślenia i historia.

Gdy w grudniu 2007r oddałem swoje życie Jezusowi jednym z głównych motto mojego życia i kluczowych dla mnie wersetów był werset z J 8:32 „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Po kilku latach jednak Bóg przez Ducha świętego wlał w moje serce przekonanie, abym zaczął pisać tego bloga dla wszystkich chrześcijan, którzy go naprawdę kochają. W tamtym okresie wiedziałem już, że jest wielu chrześcijan, którzy tak naprawdę nie kochają Jezusa albo też trwają w swoich kościołach i dogmatach nazywając siebie katolikami czy protestantami lub jeszcze inaczej. Gdy zastanawiałem się więc, kto tak naprawdę jest grupą docelową mojego bloga, Bóg podsunął mi słowo „Uczeń Chrystusa”. Wtedy nie zastanawiałem się, co ono do końca znaczy, ale dzisiaj nadszedł czas, aby to w końcu podsumować. Ku niespodziance okazało się, iż uczniostwo w Chrystusie stało się czymś nawet bardziej fundamentalnym dla mnie, niż owe J 8:32, bo było o linijkę wyżej.

Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie” - J 8:31


Ewangelie pełne są stwierdzeń o tłumach, które siedziały i słuchały nauczań Jezusa. Bardzo często spotykamy tam słowa, że uczniowie towarzyszyli Jezusowi (chodzili wraz z nim, a nie za nim jak to jest często tłumaczone). Niestety większość z nich po wysłuchaniu tego, co Jezus miał do przekazania, odchodziła z powrotem do świata. Zobacz też Mt 13:3-8.


Od tej chwili wielu uczniów jego zawróciło i już z nim nie chodziło” - J 6:66

Wynika z tego, że bycie uczniem Chrystusa to coś więcej niż tylko chodzenie z nim i słuchanie go od czasu do czasu. Trochę światła na to rzucają na to te dwa przykładowe wersety:

Wystarczy uczniowi, aby był jak jego mistrz” - Mt 10:25a
Bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja jestem naśladowcą Chrystusa” - 1Kor 11:1

Naśladować Chrystusa to być jak on! Być (w sensie duchowym) nim.

Jak pisałem w poście Wojownicy Chrystusa ludzie, którzy byli prawdziwymi uczniami Jezusa wyróżniali się z tłumu. Byli wojownikami o rozprzestrzenianie się dobrej nowiny o możliwości pojednania się z Bogiem dzięki krwi Jezusa. Dzisiaj bardzo wielu ludzi nazywa się chrześcijanami, a nie rozumie tej podstawowej prawy. Należą do swoich lokalnych kościołów i odprawiają swoje utarte obrzędy, nie rozumiejąc nawet, co one oznaczają. Robią to bo „tradycja każe” lub „bo wszyscy w mojej rodzinie tak robią” itd. Z całym szacunkiem, ale nie nazwę ich uczniami Chrystusa.

Ci, którzy są uczniami Chrystusa, traktują go jako najwyższego mistrza i wzór oraz ich najwyższego zwierzchnika.

„[Jezus] także jest Głową Ciała, Kościoła. On jest początkiem, pierworodnym z umarłych, aby we wszystkim był pierwszy” - Kol 1:18

Zastanówmy się jak ktoś, kto czyta prace Konfucjusza i stara się wdrażać jego filozofie w życie może nazywać się Buddystą? Tak samo pytam: Jak ktoś, kto słucha i wdraża poglądy T. Russella ponad poglądy i filozofię Jezusa ma czelność przypisywać sobie miano chrześcijanina?

Inaczej ma się sprawa z tymi, którzy należą od rożnych odłamów kościoła prawdziwie Chrześcijańskich, które bazują na naukach Chrystusa, lecz z biegiem lat zboczyły z kursu i w rożnych aspektach niedomagają, choć wciąż są na powierzchni. Podobne są one, do lekko dziurawej łudzi, która wciąż unosi się na powierzchni i nie zatraciła zupełnie swojej zdolności bojowej pomimo rdzy na działach (trochę jak kościoły z Obj 2 i 3 rozdziału). Ci, którzy są na tych łodziach, tak przyzwyczaili się do bycia na niej, że zapomnieli o oryginalnym powołaniu ich na uczniów Chrystusa i zwalczają bardziej sami siebie (inne łodzie) niż prawdziwego wroga, którego wyznaczył Jezus.

Mówię tu o denominacjach chrześcijańskich. Dla przykładu: Znam wielu katolików, którzy są tak uprzedzeni do protestantów, że zaciekle niszczą ich, zamiast np. martwić się tym że mamy narastający przypływ muzułmanów w Europie. Ja również też kiedyś zaciekle zwalczałem katolików aż do dnia, gdy Bóg zadał mi pytanie podobnie jak do Pawła: „Saulu. Czemu mnie prześladujesz?” (Dz 9:34). Zrozumiałem wtedy, że wielu katolików jest prawdziwie uczniami Chrystusa i niesłusznie oceniam ich całościowo. Z biegiem lat odkryłem, że wśród protestantów również nie wszyscy są święci, a przecież są też bardzo oddani Bogu prawosławni, którzy mają jednak swoje zabobony, z którymi nie wiadomo co począć (ale nie o tym teraz). Wszystko nabrało sensu, gdy przestałem szukać idealnej denominacji i tracić czas na spory, oraz gdy sam nazwałem się Uczniem Chrystusa (rezygnując z nalepki „protestant”) i zacząłem przebywać z tymi, którzy kochają Jezusa tak jak ja, bez względu na to z jekiej oryginalnie denominacji byli i do jakich kościołów wciąż chodzą.

Pociesza mnie odkrycie, że na łodziach tych wciąż są jeszcze weterani, którzy pamiętają oryginalny cel i czasem nawet wbrew rozkazom swoich kapitanów i zwierzchników są wciąż wierni prawdziwemu, najwyższemu nauczycielowi. Takich właśnie ludzi nazywam Uczniami Chrystusa! Łączy ich wszystkich pełnia ducha świętego i podążanie za Chrystusem pomimo trudów i ciężkości w zastosowaniu jego słów oraz pomimo nacisków od upadłych liderów kościelnych, którzy głoszą fałszywe doktryny i zwodnicze kazania.

Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie” - J 8:31

Uczniowie Chrystusa wyróżniają się nie tylko tym iż służą jedynie Chrystusowi oraz naśladują go we wszystkim, jak potrafią, ale też tym iż sami są nauczycielami dla tych, którzy dopiero co się duchowo narodzili.

Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” - Mt 28:19-20

wtorek, 2 sierpnia 2011

Wiara w Chrystusa

Rozwijając temat z postu Moc wiary w Prawdę, chciałbym dzisiaj powiedzieć coś więcej na temat konsekwencji wyboru takiego, a nie innego obiektu wiary.

Baczcie, aby was kto nie sprowadził na manowce filozofią i czczym urojeniem, opartym na podaniach ludzkich i na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” - Kol 2:8

Zacznijmy od zdefiniowana, czym w ogóle jest wiara chrześcijańska (w odróżnieniu od wiary w ogóle z Hbr 11:1). Jak pisałem w poście Wojownicy Chrystusa chrześcijaństwo to wiara w Chrystusa i nie da się oddzielić jednego od drugiego. To właśnie obiekt naszej wiary odróżnia nas chrześcijan od wszystkich innych wyznań i wierzeń ludzkich. Ale czy znamy wystarczająco dobrze obiekt naszej wiary?

O Jezusie można pisać bardzo dużo i nie jest to miejsce teraz. Dzisiaj chciałem zwrócić uwagę na samą wiarę w niego. Jeśli uważacie się za chrześcijan, to zadam wam pytanie: Co to dla was znaczy: „Wierzę w Chrystusa” ?

Odpowiadając za siebie, przytoczę przykład: Gdy siedzę teraz przy komputerze, mam wiarę w to, że krzesło, na którym siedzę, utrzyma mnie. Wierzę w siłę i wytrzymałość krzesła. Gdyby nie ta wiara to miałbym ciągły niepokój i lęk, że moja egzystencja (siedzenia) jest zagrożona i muszę się o nią zatroszczyć. Myśli o tym wpędziłyby mnie w nerwicę i nic bym nie napisał i nic nie osiągnął, mon stop walcząc z kolejnymi krzesłami w poszukiwaniu takiego, które jest „godne wiary”. Znajome prawda?

Jeśli więc wierzę w Jezusa, to znaczy, że wierzę w to co, on powiedział o sobie, że umarł za mój grzech i pojednał mnie z ojcem. Na mocy tej wiary w niego nie muszę już czuć się potępiony i nie muszę już martwić się o swoje życie wieczne.

A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Chrystusa i poruczył nam służbę pojednania” - 2Kor 5:18

I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy, wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża” - Kol 2:13-14

Jeśli wierzę w Jezusa, to znaczy, że wierzę, że pokonał diabła i siły ciemności nie mogą mi już nic zrobić. Na mocy tej wiary w niego nie muszę już bać się ataków diabelskich na mnie w środku nocy lub dnia.

Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła” - Obj 1:18

[Jezus] rozbroił nadziemskie władze i zwierzchności, i wystawił je na pokaz, odniósłszy w nim triumf nad nimi” - Kol 2:15
Wiemy, że Ten, który z Boga został zrodzony, strzeże [wierzącego] i zły nie może go tknąć” - 1J 5:18

Jeśli wierzę w Jezusa, to znaczy, że wierzę, że nigdy już nie będę sam, że moje choroby zostaną uzdrowione oraz że przyszłość mojego życia tu na ziemi jest świetlana. Na mocy tej wiary w niego nie będę popadał w depresje czy użalanie się. Będę się radował każdą chwilą, którą mam od niego i tym, co mam.

Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni” - Iz 53:5

Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce” - J 10:11
Moimi owcami jesteście, owcami mojego pastwiska, a Ja jestem waszym Bogiem” - Ez 34:31


Jeśli wierzę w Jezusa, to znaczy, że wierzę, że mam moc pokonać wszelką ciemność i siły zła, które mają nadejść w dniu sądu, który musi nadejść (Mt 24:6). Na mocy tej wiary w niego nie ulegam presji antychrysta, aby zmienić stronę ze zwycięskiej na przegraną i utopić się w pożądliwości grzechu. (Polecam zobaczyć post Zwycięstwo Pana)

Dlatego też Bóg wielce go wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią” - Flp 2:9-10

Myślicie, że wyolbrzymiam? Oglądałem wczoraj film, który pokazywał słabość Jezusa i jego ciała na ziemi (tj kościoła) w obliczu przyjścia antychrysta. Film ten to oczywista propaganda satanistów. Naszą odpowiedzią na ten atak musi być prawda! A więc spójrz we własne serce i zadaj sobie pytanie: Czy Ewangelia Chrystusowa może zawieść? Czy Chrystus daremno umarł? Ja was zapewniam, że nie daremno!

Zamiast tracić czas na zastanawianie się nad tym czy mam zwycięstwo w Chrystusie, czy nie większy pożytek dla królestwa Bożego będzie, jeśli uwierzysz i zacznij egzekwować swoją wiarę w Jezusa Pantokratora i zwycięzcę.

Ufajcie, Ja zwyciężyłem świat” - J 16:33

 ✞

PS: A dla tych którzy nadal mają jakieś intelektualne wątpliwości, polecam książę Josha McDowell'a „Przewodnik apologetyczny”.

niedziela, 31 lipca 2011

Ocalone drzewo

Witam po dłuższej przerwie. W dzisiejszym poście chciałbym opowiedzieć, co porabiałem przez ostatnie dwa i pół miesiąca otóż najogólniej mówiąc, wzrastałem w przygotowaniu do służby. A więc posłuchajcie:

Gdy pewnego dnia wracałem z kościoła do domu i stałem na przystanku autobusowym w betonowej Warszawie, zwróciłem uwagę na pewne drzewo. Samotnie rosło obok ruchliwej ulicy. Było duże i rozrośnięte co świadczyło, że ma już wiele lat, na pewno ponad 60, a więc musiało rosnąć tutaj jeszcze za czasów II wojny światowej. Było bardzo gorąco, więc stanąłem w cieniu tego drzewa, i wtedy Duch Święty objawił mi taką myśl: „To drzewo przetrwało, ponieważ ja go broniłem. To drzewo przeszło wielkie wichury, wojny, wybuchy, plany urbanistyczne i przebudowy miasta, ale wciąż rośnie, bo ja miałem dla niego plan, aby dzisiaj po wielu latach od dnia, w którym je zasiałem, mogło dać ci cień i ukojenie”.

Czy nie wydaje się wam to znajome? Mnie na pewno. Otóż ostanie dwa miesiące przechodziłem bardzo ciężki życiowo czas. Wielu z nas przechodzi takie momenty, jednak mój czas był wyjątkowy, ponieważ jego trud był nakierowany na uzdrowienie. Spośród głosów i opinii, jakie usłyszałem na temat mojego bloga, zapamiętałem szczególnie jedną: „To, co piszesz, zawiera wiele cierpienia”. Taka też była prawda. Nie byłem do końca rozliczony ze swoją przeszłością (o której w dużym skrócie pisałem w poście świadectwo). Potrzebowałem w końcu dokończyć to, co zaczęło się w dniu, gdy spotkałem Chrystusa po raz pierwszy. Mógłbym żyć w takim wychodzącym ze mnie nieuleczonym cierpieniu do końca życia, nieświadomie raniąc innych ludzi, którzy byli w około mnie (szczególnie najbliższych) jednak zdecydowałem, że będzie inaczej! Zgłosiłem się do lekarzy. Choć było ciężko (momentami musiałem walczyć z depresją, brakiem nadziei, przypominaniem sobie cierpień z dzieciństwa) wiedziałem, że Bóg używa lekarzy, że mnie nie opuści a w jego ranach znajdę w końcu upragnione uzdrowienie (patrz Iz 53:5). Założyłem się nawet z Bogiem, że moje uzdrowienie może nastąpić w tak krótkim czasie. Ja obstawiałem, że to niemożliwe, jednak w sercu głos Boży przekonywał mnie, że dwa miesiące wystarczą. I zgadnijcie co? Dzisiaj po dwóch miesiącach mogę ogłosić światu: Bóg wygrał zakład. To, co niszczyło moje życie od dziecka, zostało wykorzenione! Forteca Szatana w moim sercu padła pod naporem wojsk sprzymierzonych sił psychiatrów, pastorów, moich i Ducha Świętego (bo ja + Bóg to zawsze większość).

A jak to się ma do historii o drzewie? Tak samo, jak to drzewo przetrwało tyle lat w betonowym cmentarzu centrum miasta tak samo i ja przetrwałem cierpienie i doświadczenia, na jakie wysłał mnie Pan, abym po latach był w stanie nieść pomoc ludziom, którzy dzisiaj walczą z depresją, nerwicą, brakiem wiary i innymi. Pan zachował mnie dla was.

Byłem w więzieniach, nad miarę byłem chłostany, często znajdowałem się w niebezpieczeństwie śmierci. Od Żydów otrzymałem pięć razy po czterdzieści uderzeń bez jednego, trzy razy byłem chłostany, raz ukamienowany, trzy razy rozbił się ze mną okręt, dzień i noc spędziłem w głębinie morskiej. Byłem często w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, od zbójców, od rodaków, od pogan, w mieście, na pustyni, na morzu, między fałszywymi braćmi. W trudzie i znoju, często w niedosypianiu, w głodzie i pragnieniu, często w postach, w zimie i nagości. Pomijając te sprawy zewnętrzne, pozostaje codzienne nachodzenie mnie, troska o wszystkie zbory” - 2Kor 11:23-28

Pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej, lecz z drugiej strony pozostać w ciele, to ze względu na was rzecz potrzebniejsza. A to wiem na pewno, że pozostanę przy życiu i będę z wami wszystkimi, abyście robili postępy i radowali się w wierze, żebyście we mnie mieli powód do wielkiej chluby w Chrystusie Jezusie, gdy znowu do was przybędę” - Flp 1:23-26