wtorek, 29 kwietnia 2025

Słów kilka o....Mefiboszecie

Kim był Mefiboszet? Pewnie wielu z was zastanawia się nad tym, dlaczego chce poświecić tej postaci swój post. Potraktujmy to jako kontynuacje serii w której wyciągam piękne perły ukryte głęboko pomiędzy wersami Biblii. Pisałem już o Jabezie, Ismaelu, Neoem. Dzisiaj czas ma Mefiboszeta.

"Czy nie ma jeszcze kogoś z domu Saula, komu mógłbym wyświadczyć przysługę Bożą? Siba odpowiedział królowi: Jest jeszcze syn Jonatana, kaleki na obie nogi. [...] Jest [on] w domu Makira, syna Ammiela, w Lo-Debar. Wówczas król Dawid wysłał po niego i sprowadził go [...] a kiedy Mefiboszet, syn Jonatana, wnuk Saula, przyszedł do Dawida, padł twarzą na ziemię i oddał pokłon. Dawid powiedział: Mefiboszecie! On zaś odpowiedział: Oto jestem, twój sługa. [...] Następnie król przywołał Sibę, sługę Saula, i powiedział mu: Wszystko, co należało do Saula i całego jego domu, przekazuję synowi twego pana. Ty zaś, twoi synowie i twoi słudzy będziecie mu uprawiać ziemię. Będziecie zbierać jej plony, aby syn twego pana miał chleb do jedzenia. Mefiboszet, syn twego pana, będzie zaś zawsze jadł przy moim stole. Siba miał piętnastu synów i dwudziestu sług. Siba odpowiedział królowi: Twój sługa uczyni wszystko, co rozkaże mój pan, król, swemu słudze. I Mefiboszet jadał przy stole Dawida jak jeden z królewskich synów. Mefiboszet miał małego syna imieniem Mika. A wszyscy, którzy mieszkali w domu Siby, byli sługami Mefiboszeta. Mefiboszet zamieszkał w Jerozolimie, ponieważ jadał zawsze przy stole królewskim. Był on kaleki — obie nogi miał niesprawne" - 2Sam 9:3-6

Jest rok ok 1000 p.n.e. gdy nie istniała współczesna medycyna. Nie istniały narzędzia ortopedyczne, a los osób niepełnosprawnych był niewiele lepszy od losu osób trędowatych. Bez zdolności poruszania się, ludzie ci byli prawie całkowicie zależni od rodziny lub osób, które mogłyby i chciałyby wziąć na siebie ciężar darmozjada. Najczęściej ludzie ci dość szybko umierali w nędzy, odrzuceniu lub żyli jako żebracy. Zwłaszcza w przypadku sieroty jakim był Mefiboszet.

"Tylko Mefiboszet, syn Jonatana, syna Saula, ocalał, bo gdy usłyszano o śmierci Saula i Jonatana, jego niania wzięła go na ręce i uciekła, ale w czasie ucieczki upuściła go, tak że stał się chromy." - 2Sam 4:4 

Po śmierci domu Saula Mefiboszet zamieszkał jako cudze dziecko w domu Makirra w mieści Lo-Debar. Było to miejsce, które miało reputację odosobnienia i było w zasadzie marginesem społecznym. Dosłownie nazwa Lo-Debar oznacza "miejsce bez pastwisk" lub "miasto pustki", co sugeruje, że było to miejsce odosobnione, dalekie od głównych dróg handlowych, a także ubogie i nieznane. Mieszkańcy tego miejsca mogli być izolowani, pozbawieni ziemi i zasobów. Możemy się tylko domyślać, że raczej dom w którym Mefiboszet dorastał nie wyróżniał się niczym szczególnym i raczej standard życia tego domu był dość niski. Mówiąc wprost po prostu biedny.

A jednak Bóg poprzez niego utrzymał ród Jonatana, który stanął po stronie Boga w konflikcie Dawida z Saulem. Wyjaśnienie tego konfliktu, a także roli jaką odegrał w niej Jonatan, a zwłaszcza przyczyna jego śmierci to szeroki temat na inne kazanie. Zatrzymajmy się wiec na tym dlaczego Bóg wybrał właśnie Mefiboszeta. Czy było w nim coś szczególnego? 

"Mefiboszet skłonił się i powiedział: Czym jest twój sługa, że zwróciłeś na mnie, martwego psa uwagę?" - 2Sam 9:8

Dawid wyświadczył Mefiboszetowi wielką łaskę. Jednak Gdy Mefiboszet stanął przed Królem miał prawdopodobnie więcej niż 13 lat, a wiec w perspektywie Tory oraz kultury tamtych czasów był już pełnoprawnym mężczyzną. Czytając uważnie, zauważamy więc, że Mefoboszet zanim jeszcze spotkała go łaska króla, która faktycznie zrewolucjonizowała jego życie radził sobie jak na swój stan ponadprzeciętnie dobrze.

Podobnie jak Jabes był porzucony i żył w wielkim bólu. Nigdy nie poznał swojej biologicznej rodziny, nigdy też nie dane mu było zasmakować radości chodzenia czy biegania. Żył w biednej rodzinie bez jakichkolwiek perspektyw i z nieustannym strachem, że którego dnia nowy król dopilnuje, aby syn Saula umarł (co było standardem w tamtych czasach). Jadł i pił tylko to co jego opiekunowie dla niego przyniosą. 

A mimo to nie poddał się.... mówiąc metaforycznie "stanął na nogi". Dlaczego tak uważam? Ano z powodu wzmianki o synu! Jeden werset, ale jakże głęboki....

Zastanawiam się jak to możliwe, aby niepełnosprawny i w 100% zdany na łaskę innych mężczyzna (w zasadzie nastolatek) mógłby mieć dziecko? Jak sprawił, aby przekonać do siebie kobietę, która zechce być jego żoną? A to, że miał żonę wynika wprost z faktu posiada dziecka. Gdyby nie miał żony zostałby ukamienowany za pozamałżeńskie stosunki, a już na pewno byłby w stanie oskarżenia, tymczasem Biblia nie mówi o tym, że Mefiboszet został oskarżony lub ukarany za taki czyn. Nie ma też żadnych wzmianek o jakiejkolwiek kontrowersji wokół jego życia seksualnego. Gdyby coś takiego miało miejsce, prawdopodobnie Biblia by o tym wspomniała i wyjaśniła wskazując na ewentualne konsekwencje, biorąc pod uwagę, że kwestia moralności była bardzo ważna w starożytnym Izraelu. Gdyby społeczeństwo izraelskie dowiedziało się o takim czynnie, takie wydarzenie mogło wywołać publiczną kontrowersję i doprowadzić do oskarżeń o grzech u samego Dawida, który byłby zobowiązany do zabicia Mefiboszeta gdyby ktokolwiek wniósł formalne oskarżenie, a Mefiboszet nie mógłby wskazać matki swojego syna jako swojej żony. Ustalmy wiec, że miał "legalną" żonę.

Jeszcze raz. Jak kaleki nastolatek mógłby zdobyć żonę? Nie miał majątku, nie miał majętnej rodziny, nie miał perspektyw, a jedyne co miał to ciążący na nim rodowód.

Rozpatrzmy jeszcze jedną teorię: Ponieważ Mefiboszet był potomkiem Saula to stronnicy Saula mogli mieć nadzieje ze jeśli Mefiboszet spłodzi syna to z tego nasienia będzie mógł się odrodzić ród Saula i któregoś dnia powrócić do władzy w Izraelu. Z tego powodu nakazali jakieś kobiecie spać z Mefiboszetem (zmuszając ją do wcześniejszego małżeństwa), aby urodziła mu dziecko czym de fakto go wykorzystali, a on sam nie miał nic do gadania.

Teoria ta choć prawdopodobna w grzesznym świecie, jest nie do utrzymania z powodów o których pisałem wyżej. Biblia by o tym wspomniała, aby nie legitymizować i piętnować grzech. Po drugie Makir (ojczym Mefiboszeta) z Lo-Debar to osoba, która wspiera później Dawida, gdy ten ucieka przed Absalomem (2 Sm 17:27-29). To znaczy, że był wierny Dawidowi, a nie zwolennikiem Saula, który spiskowałby przeciwko Dawidowi.

A wiec ponownie. Jak kaleki nastolatek mógłby zdobyć żonę?

W czasach Mefiboszeta. Małżeństwo było decyzją rodzinną, a nie osobistym wyborem. Kluczową postacią był wiec Makirr, który wierzył w Mefiboszeta! Znał go i widział, że ma sens wydawanie "mohar" czyli opłaty dla rodzinny panny młodej, który wynosił zgodnie z Torą co najmniej 50 sykli, a wiec od 50 do 200 dni pracy najemnika. Dla biednej rodziny był to majątek. I ten majtek cała rodzina gremialnie zgodziła się "zainwestować" w "kalekę", który podobno nie rokował. A może jednak rokował? 

Moim zdaniem było w Mefiboszecie coś wyjątkowego. Coś co być może odziedziczył w duchowym spadku po swoim ojcu Jonatanie.  Coś co mimo iż był kaleką sprawiało, że ludzie, którzy go obserwowali uznali, że jest godny tego, aby mu zaufać i powierzyć mu opiekę nad nową rodziną (bo przecież rodzina panny młodej też musiała się zgodzić oddać córkę w ręce Mefiboszeta). To COŚ co było w Mefiboszecie przyciągnęło też uwagę samego Boga, który później poruszył serce samego króla, aby ten wyświadczył mu wielką łaskę nadając dożywotni status jadania przy królewskim stole co de fakto dało utrzymanie nowej rodzinie Mefiboszeta i przyszłość, nie tylko realną, ale i w statucie finansowym ponad przeciętnym. Nawet ponad rodzinę Makirra.

Mefiboszet musiał mieć wiarę, która podobała się Bogu. Osobiście uważam, że nie użalał się nad sobą (choć gdyby to robił to nikt by go za to nie potępił). Był mocny. Wyobrażam sobie, że pomagał Makirrowi jak tylko mógł. Być może wykonywał prace ręczne z pozycji siedzącej. Sądzę, że pracował bardzo ciężko, aby tylko odciążyć Makirra. Być może był też mądry i bystry i świadczył prace intelektualne np. nauczył się pisać (co byłoby wielką rzadkością) i został skrybą. W tamtych czasach był to luksusowy zawód, który można by porównać do dzisiejszych prawników. Gdyby rzeczywiście został Skrybą to być może nawet samodzielnie opłacił swój mohar za żonę.

Biblia wielokrotnie pokazuje przykłady tego, że łaska i dobroć Boga przychodzi do nas nie z powodu tego, że na nią zasługujemy, ale z powodu tego, że jesteśmy na nią gotowi w sercu. Przypowieść Jezusa o talentach (Łk 19:11–27) pokazuje, że Bóg wywyższa ludzi przedsiębiorczych (którzy grają tym co mają najlepiej jak mogą), a przestępców i użalających się nad sobą poniża (a tym bardziej odstępców, którzy np mają dzieci z prostytutką). Czy myślicie, że Mefiboszet złorzeczył Bogu za to, że został kaleką? A może wielbił Boga bez względu na stan w którym był i starał się żyć jak mógł najlepiej w tych warunkach, które miał? Wobec króla sam o sobie powiedział że jest jak "zdechły pies" czym podkreślił uniżenie i odsłonił pokorę. Choć ja kreuje go trochę na bohatera on sam się za takiego nie uważał. Na pewno miał swoje chwile upadku, zwątpienia i walki. Diabeł atakował go tak samo jak każdego z nas. Czas pokazał, że jego walka była nie tylko słuszna, ale i była zwycięska.

Możemy wiec uczyć się od Mefiboszeta tej gotowości w sercu - dobrej postawy grania tym co mamy nawet jeśli to jest prawie nic. Moim zdaniem Mefiboszet stoi w rzędzie bohaterów biblii, którzy choć byli z poza głównej linii społecznej są dla nas przykładem do naśladowania w kwestii owej gotowości serca. Wymieńmy przykładowo np. "słynnego" Jabesa, Tamar z Jerycha, Abigail żonę Nabala, Mateusza Celnika itp. Zresztą Dawid również początkowo był tylko nieślubnym synem Isajego, który nie mógł liczyć na nic wielkiego od życia. A jednak Bóg dostrzegł piękno jego serca i zmienił jego los, tak jak zmienił los wszystkich wyżej opisanych, a w szczególności tak mało znanego bohatera jakim był Mefiboszet.

"Bóg wybrał to, co w oczach świata jest głupie, aby zawstydzić to co jest teoretycznie uważane za mądre, i to, co słabe u świata, Bóg wybrał, aby zawstydzić to, co mocne" - 1Kor 1:27

Tak samo Bóg może zmienić nasz los bez względu na to jak ciężki on jest. Pytanie, tylko czy nasze serce jest gotowe? Czy mamy wiarę walczyć o lepsze jutro nawet w obliczu trudnych realiów czy też będziemy się nad sobą użalać pasywnie czekając na to, aż diabeł ukradnie nawet to niewiele co mamy (Mt 25:29)? Bóg patrzy na nas każdego dnia i czeka, aż będziemy gotowi, aby do przyjęcia jego łaski tak, aby ta łaska nie stała się dla nas przyczynkiem do upadku (jak u prawie wszystkich ludzi, którzy wygrają '6' w totolotka). Jeśli będziemy mieć postawę sługi, który pomnożył 5 min w dalsze 5 (nie mówiąc już o tych wybitnych którzy pomnożą 10 w dalsze 10) i będziemy pamiętać komu tą łaskę zawdzięczamy (tzn Bogu, a nie sobie) to wtedy nic już nie będzie dla nas nie możliwego.

"Bóg sprzeciwia się pysznym, a pokornym daje łaskę" - Jk 4:6

"Pan ubogaca i czyni biednym, poniża i wywyższa. Podnosi biedaka z prochu, dźwiga nędzarza ze śmieci, aby ich posadzić z książętami i dać im miejsce dziedziczenia tronu chwały" - 1Sam 2:7-8

 

 ✞


Wracając do współczesności chciałbym wam przedstawić współcześnie żyjącego "Mefiboszeta", który wybrał być wdzięczny Bogu i starać się żyć najlepiej jak umie zamiast użalać się nad swoim kalectwem.

Poznajcie Nicka Vujicica autora książki w języku polskim "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" któremu choć urodził się on bez rąk i nóg Bóg pobłogosławił żoną, rodziną, majątkiem i radością, której wielu mogło by mu pozazdrościć.

Polecam: https://nickvujicic.com/

Jeśli on mógł? Jakie ty masz wymówki ? ☺

czwartek, 3 października 2024

Przebudzenie po Brazylijsku - reportaż z wizyty

Przyznam, że jako ewangelicznie wierzący chrześcijanin od ok 16 lat znałem głównie chrześcijaństwo (nie mylić z katolicyzmem czyli religią propagowaną przez państwo Watykan) amerykańskie tzn z USA. Dla polaka przyzwyczajonego i wychowanego w katolicyzmie jest to kolosalna zmiana, i nie o doktrynie teraz mówię (o tym możecie poczytać np. tutaj), ale raczej ekspresji, formie i metodach na czczenie naszego Pana Jezusa Chrystusa i działaniach wypełniających jego przykazania.

Chrześcijaństwo amerykańskie (z USA) jest bowiem jak wszystko w USA dotknięte megalomanią, kultem "lepszości", krzykliwością i koncertową tzn głośną i fajerwerkową formą, która bardzo łatwo może (czyli nie musi) stać się pustą kolorową wydmuszką - taką protestancko-ewangeliczną religią, ale nie o tym teraz.
Praktycznie wszystkie polskie ewangeliczne kościoły, które znam kopiują ten amerykański styl odnosząc mniejsze lub większe sukcesy i porażki w wdrażaniu Bożej woli do Polski. Niestety najczęściej są to porażki gdyż rzadko kiedy kościoły te przebijają się przez liczbę 100 członków, a nawet jeśli, to na palcach jednej ręki można policzyć polskie kościoły ewangeliczne, które przebiły liczbę 500 członków. Liczba członków oczywiście nie jest jedyną miarą tego czy dany kościół wypełnia Bożą wolę czy nie, ale z dużym uproszczeniem można powiedzieć, że o ile przywódcy nie stosują światowych metod marketingu i dużych pieniędzy, która pompuje cielesność to liczba członków jest wprost proporcjonalna to zgodności kościoła z Bożą wolą i Bożym duchem. Mówię tu oczywiście o członkach, którzy są świadomi tego gdzie i po co uczęszczają oraz którzy przychodzą tam dobrowolnie bez żadnego społecznego przymusu (co wyklucza z tej definicji dużą ilość kościołów katolickich, prawosławnych czy "staro protestanckich").

Kościoły tego typu próbują więc doprowadzić do przebudzenia (ang. revival) na ziemiach polskich za pomocą metod amerykańskich. Tymczasem powszechna definicja przebudzenia (a przynajmniej ta której ja byłem uczony przez 15 lat) jest na wskroś amerykańska! Mamy wiec sytuację gdy polskie kościoły dążą do "wylania Ducha z nieba" prosząc usilnie Boga o "wylanie swojego ognia", który "magicznie" sprawi, że ludzie upadną na kola przed Bogiem, odwrócą się od grzechów, a wszystkiemu będą towarzyszyły masowe znaki i cuda takie jak uzdrowienia i "darmowy chleb z nieba".

"Jezus im odpowiedział: Ręczę i zapewniam, szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki [i uwierzyliście we mnie], ale dlatego, że jedliście chleb i najedliście się do syta. Nie zajmujcie się [wiec] pokarmem przemijalnym, ale trwałym zapewniającym życie wieczne" - J 6:26-27

Ci co bardziej mądrzy dodają, że przebudzenie o którym mowa zaczyna się od samodzielnej przemiany "nas samych" i że najpierw trzeba "rozpalić" dla Boga samego siebie, co w przypadku, gdy dokona tego cała kongregacją doprowadzi do stanu opisanego powyżej. Cały czas są to jednak starania człowieka, aby dostać coś od Boga czyli esencja i definicja religii, która jak wiemy z biblijnym chrześcijaninem nie ma nic wspólnego. Chrześcijaństwo mówi bowiem o łasce czyli niezasłużonym darze płynącym z miłości Boga do ludzi oraz odwzajemnieniu tej miłości przez ludzi, których ta miłość przemieniła czyli "narodziła na nowo". Religia (w największym możliwym skrócie) mówi natomiast, że jeśli my włożymy wystarczająco duży wysiłek i zrobimy na Bogu "wrażenie" to otrzymamy od niego coś w zamian o ile oczywiście nie wkurzymy go po drodze czymś co wydaje się nam, że robić nie powinniśmy.

Co więc należy czynić, aby doświadczyć "przebudzenia" rozumianego jako masowe nawrócenia do Boga (tzn. narodzenie na nowo czego dowodem jest chrzest wodny przez zanurzenie) ? Tego najlepiej uczyć się z historii, a przykłady możemy znaleźć m.in. w książce "Boży Generałowie – Przebudzeniowcy".

Ja opowiem wam co wiedziałem w 50 tyś Brazylijskim mieście Paracambi, gdzie "Ameryka" (tzn USA) jest tak samo obca jak Chiny dla przeciętego Polaka albo Polska dla przeciętego Amerykanina.

Dużo słyszy się, że Brazylia to katolicki kraj. Polsko języczne portale takie jak Wikipedia, a nawet Chat GPT powielą ją tezę. Jak jest naprawdę ? Byłem i sprawdziłem. Co widziałem? Zapraszam do lektury mojego subiektywnego jak zawsze artykułu.

"Daję wam nowe przykazanie: Kochajcie się wzajemnie. Kochajcie jedni drugich tak, jak ja was ukochałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli jedni drugich darzyć będziecie miłością" - J 16:35 (EIB)

Najbardziej uderzającą cechą ludzi których spotkałem w kościele "Zgromadzenie Boże" w Paracambi była miłość wzajemna ludzi oraz wielka radość pomimo ubóstwa w którym żyli.

"Wasze życie niech będzie wolne od chciwości; zadowalajcie się tym, co posiadacie. [Bóg] bowiem powiedział: 'Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę." - Hbr 13:5

Każdy kogo spotkałem cechował się maksymalnym zaangażowaniem serca w to aby usłużyć Bogu oraz drugiemu człowiekowi. Nie było dla nich ważne to że czegoś nie mają. Dla nich było ważne to, że wspaniały Bóg ich zbawił i dał im to co mieli. W Polsce definiujemy optymistę jako kogoś kto cieszy się z wypełnionej do połowy szklanki. Tam ludzie cieszyli się całym sercem z tego ze szklanka jest wypełniona w 10%. Jeśli mieli dach nad głową, czyste ubranie, jedzenie (nawet jeśli monotonne) i mogli otwarcie śpiewać Bogu pełną piersią razem z innymi braćmi i siostrami to mieli WSZYSTKO. Nikt nie narzekał, wszyscy byli szczęśliwi i zaangażowani.

Kongregacja ta liczy sobie obecnie 8 tyś ludzi, a sam zbór w Paracambi liczy 1200 osób którzy prześcigają się w tym aby zająć co lepsze miejsca w budynku. Policzmy jeżeli w Paracambi żyje 50 tyś ludzi to ten jeden tylko zbór stanowi 2,4% populacji miasta, a takich zbiorów jak ten w mieście było KILKADZIESIĄT. W zasadzie co przecznice był jakiś ewangeliczny zbór! Obecnie po 90 latach pracy w mieście nawróconych jest ok 55% wszystkich mieszkańców miasta! Politycy, służby.... co drugi to gorliwy wyznawca i naśladowca Jezusa Chrystusa, który nie próżnuje i głosi o łasce i zbawieniu w Jezusie. 

Pierwszej niedzieli, gdy przybyliśmy odbywały się chrzty. 110 osób podczas jednego spotkania! W większości młodzi ludzie stojący grzecznie w kolejce, niemogący się doczekać, aby zostać zanurzonym w baptysterium. 2h to trwało, a w międzyczasie kościół śpiewał i radował się. A potem jeszcze głoszenie słowa i społeczność. Tam spotkanie trwa nierzadko 4h, a dla liderów i pastorów często i 10h bo każda okazja na warsztaty biblijne i dedykowane spotkania modlitewne są dobre, aby na nich być. Jeżeli kościół zapewnia obiad to co lepszego jest do robienia w niedziele niż spędzanie czasu z Bogiem i jego kościołem?

Czy są idealni? Oczywiście że nie, kto z nas jest taki? Po prostu niewiele rzeczy im przeszkadza, nie narzekają. Jeżeli można przyzwyczaić się do 39 stopni ciepła w cieniu zimą to znaczy, że można przyzwyczaić się do wszystkiego.

Tam 99% kościołów ma swoją własną ziemie i własne budynki. Kupują i budują za własne środki sierocińce i domy spokojnej starości dając prace ludziom, którzy tam służą. Wiecie to nie musi być luksus. Nawet odpadająca farba i wystające druty elektryczne nie są problem. Ważne, że działa i że można myśleć o budowie kolejnych....
Ludzie są ofiarni nie tylko sercem i pomocą rąk, ale i pieniędzmi. Ich własne domy pościskane jeden na drugim, które dla Europejczyka wyglądają jak ledwo stojące z rurami i kablami na wierzchu z dachem, który wygląda tak jakby miał zaraz się rozsypać nie są ważne (a ja nie mówię o slamsach tylko tzw. klasie średniej). Ważna jest misja kościoła. Aby docierać w ewangelią do kolejnych ludzi. Aby ratować od piekła kogo się tylko da. Także rozleniwionych Europejczyków.

Tam nie ma biletów wstępu na konferencje. Nie ma opasek i wielkich telebimów. Jeśli możesz się zmieścić to przyjdź. Za darmo. Nie ma podziału na ludzi lepszych lub gorszych. Jeśli jest ekran na ulicy i megafony to po czego chcieć więcej? 5G, 4K, UltraSound, reflektory, subbufery? A jak to się przyczyni to zdobywania nowych dusz? Może lepiej kupić kolejny autokar, który dowozi ludzi z wiosek (zwłaszcza, że niektóre z obecnych wyglądają tak jakby robiły po tysiąc kilometrów dziennie)?

Uwielbienie w kościele jest GŁOŚNE. Brazylijczycy chyba po prostu to lubią. Zespół uwielbienia? Zapomnij. Tam śpiewa każdy! Na scenie raz po raz do każdej pieśni wymieniają się wcześniej dedykowani ludzie, czasem nawet nie wychodzą na scenę (bo po co?). Każdą pieśń prowadzi wiec inna grupa. Podkład muzyczny zapewnia ORKIESTRA z dyrygentem. Kilkadziesiąt osób grających na wszystkich możliwych instrumentach. Od fletu, przez kontrabasy i wiolonczele, aż na bębnach i talerzach kończąc. Jeśli dodać do tego krzyk kilku setek gardeł to naprawdę masz efekt niczym "szum wielu wód" i to bez wzmacniacza elektronicznego choć akurat ten wzmacniacz był (co zmusiło mnie to zakładania słuchawek wygłuszających aby to wytrzymać).

Co do pieśni to choć nie rozumiałem ani słowa to mój duch się wyrywał. Dawno nie słyszałem tak namaszczonych duchowo melodii wywołujących płacz i wszelkie działanie Ducha Świętego, który przekonuje o potrzebie powrotu i służenia Panu całym sercem. YouTube (zwłaszcza w wykonaniu amerykańskim) tego nie odda, ale pewną próbkę możecie posłuchać np. TUTAJ.

15 lat temu byłem w amerykańskim "przebudzonym" domu modlitwy IHOP. Przez tydzień nikt nie dał mi nawet kanapki. W Brazylii dostałem dom, jedzenie oraz transport do wszystkich atrakcji o jakie prosiliśmy jako grupa, pomimo, że w Ameryce ludzie byli nieporównywalni bardziej zasobni w pieniądze. 

"Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, pozostałbym miedzią dźwięczącą lub hałaśliwym cymbałem. I choćbym miał dar prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał w sposób budzący uznanie, a miłości bym nie miał, nic bym nie osiągnął" - 1Kor 13:1-3

Czy cała Brazylia jest taka? Niestety nie. O ile w miastach o których zwykły Europejczyk nie ma nawet pojęcia o ich istnieniu budynki kościołów Katolickich są bezpłatnie przekazywane pastorom z powodu braku chętnych (o tym nie dowiecie się oczywiście z mediów tworzonych przez ludzi wiernych Watykanowi, ani sztucznej inteligencji uczonej na takich mediach) to w dużych miastach, gdzie gromadzi się biznes wciąż jest silna dominacja kościołów Katolickich, który przybył na te ziemie razem z brutalnymi konkwistadorami Portugalskimi w XVI w. Dla zainteresowanych, aby zrozumieć jakie piekło przeszedł ten kraj polecam poczytać o jego historii. Dla mnie zaskoczeniem było, że to właśnie katolicy, a nie protestanci zbudowali jedną z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Brazylii czyli posąg Chrystusa górujący nad Rio de Janeiro, które przez wiele lat było stolicą Brazylii i wciąż jest jednym z najludniejszych miast. Choć to oczywiście tylko kamień to jednak widok z ulic miasta na wzgórze gdzie widać otwarte ramiona Chrystusa są niezapomnianym widokiem.

Mimo to nawet w dużych miastach powstają kościoły ewangeliczne, a ich wpływ rośnie. Między innymi dlatego, że prawdziwie kochający Jezusa protestanci nie boją się wchodzić i głosić ewangelie w słynnych Brazylijskich fawelach czyli slamsach, gdzie aby przeżyć trzeba handlować narkotykami i należeć do jakiegoś gangu. Miałem przywilej być w takim kościele i słuchać świadectwa ludzi, którzy dzięki braciom z kościoła wyszli z tego piekła lub historii pastorów, którzy w obstawie aniołów wyprowadzali ludzi wskazanych im przez Boga o których on nigdy nie zapomina. Spójrzmy prawdę w oczy. Kto z nas Europejczyków wszedłby to labiryntu slamsów gdzie życie i śmierć wisi na włosku, aby uratować uzależnioną od narkotyków owcę, której cały majątek to podarta brudna koszulka, spodenki i dziurawe klapki? A czy wiecie, że tacy ludzie mając tylko te trzy rzeczy, gdy przychodzi czas kolekty w kościele dają z tego co mają, a Bóg który to widzi odpowiada? Znana tam jest historia gdy pobudzony przez Boga biznesmen odkupił za ciężkie pieniądze ofiarowane przez jedną z takich osób buty. Wdzięczność uratowanego bezdomnego i oddanie jedynej rzeczy jaką miał (dziurawe buty) sprawiło, że kościół dostał fundusze rzędu 100 tyś zł. Pamiętajmy o tym następnym razem gdy Duch Święty będzie nas prosić o wrzuceniu czegoś na kolektę.

 
Co mogę jeszcze powiedzieć? Ciekawostką jest to, że w kościele w Paracambi aby zostać pastorem lub diakonem trzeba uzyskać zgodę całej kongregacji a nie tylko "grupy trzymającej władze" w kościele. Znam w Polsce takich "usługujących", którzy gdyby ktoś odważył się publicznie zapytać "czy ktoś jest przeciwko" to nigdy nie byli by w takich pozycji jak są dzisiaj.

W mieście znajduje się pomnik otwartej biblii. Niestety nie mam zdjęcia, ale wyglądał podobnie jak ten tutaj. O ileż bym dał, aby w Polsce pozamieniać tak liczne figurki maryjne lub papieskie na otwartą Biblię ze słowem Bożym.

A wracając do misji. Choć Brazylia jak wiecie zmaga się z bardzo wieloma własnymi problemami to i tak inwestuje w misje. Wysyłają i utrzymują finansowo misjonarzy na cały świat, także do Polski.

Od prawie roku jestem członkiem Chrześcijańskiego Kościoła Misyjnego "Zgromadzenie Boże" w Piasecznie pod Warszawą, który 13 lat temu został założony przez Brazylijkę misjonarkę Anne Paule Wlizło oraz jej męża Polaka Artura Wlizło (na zdjęciu po lewej przemawiający w Brazylii).

Tutaj staramy się zaszczepić to "nie amerykańskie" spojrzenie na Biblijne chrześcijaństwo, gdzie miłość i usługiwanie jedni drugim jest najważniejsze, a przede wszystkim gdzie dążymy aby wypełnić wolę Ojca, który ma staranie o każdego.

GLORIA DEUS !
(br. Chwała Bogu)

"Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. Ja zaś będę z wami przez wszystkie te dni, aż do końca świata" - Mt 28:19-20

poniedziałek, 6 maja 2024

Trzeci syn

Dzisiaj chciałbym podzielić się z wami przemyśleniami na temat jednej z najbardziej znanych przypowieści Jezusa. Niestety w większości naszych biblii ma ona tytuł dodany przez tłumaczy, który pochodzi z roku okołu 1580 (czyli ok 60 lat po rozpoczęciu fali protestantyzmu w Europie). Uwcześni bracia Czescy, którzy nadali jej nazwę "O synu Marnotrawnym" skupi się tylko na pierwszym najbardziej pierwszoplanowym przekazie tej historii, a jak już wiemy Biblie należny czytać warstwowo. Nie zgadzam się jednak z tytułem tej przypowieści najczęstszej to ta głębsza warstwa ma największe znaczenie. Przyjrzyjmy się zatem bohaterom tej przypowieści. Łk 15:11-32

O pierwszoplanowym synu napisałem dawno temu tutaj, ale to nie na nim się dzisiaj skupię.

Drugim coraz częściej spotykanym ówcześnie na kazaniach bohaterem tej przypowieści jest tzw "starszy syn". Wiemy o nim, że całe życie wiernie pracował na polu ojca i nigdy nie roztrwonił jego majątku. Brzmi nieźle. Jezus jednak ujawnia poważne braki w charakterze i chrześcijańskim rozwoju tego człowieka.

Po pierwsze: Na widok radości Ojca z powodu uroczystości, którą zorganizował Ojciec dla młodszego syna, ten starszy wpadł w gniew. Czy to czegoś wam nie przypomina?

"Po niejakim czasie Kain złożył Panu ofiarę z plonów rolnych. Abel także złożył ofiarę z pierworodnych trzody swojej i z tłuszczu ich. A Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę. Ale na Kaina i na jego ofiarę nie wejrzał; wtedy Kain rozgniewał się bardzo i zasępiło się jego oblicze" - Rdz 4:3-5

Nienawiść, która pojawia się w sercu starszego syna nie zatrzymała się tylko na bracie ale, uderzyła też w Ojca.

"Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przestąpiłem rozkazu twego, a mnie nigdy nie dałeś nawet koźlęcia" - Łk 15:29

Czy słowa "Ty nigdy nie dałeś mi...." czegoś wam nie przypominają? Dla mnie to brzmi bardzo znajomo. Pretensja dziecka do rodzica za to, że nie może mieć tego co tu i teraz chce, choć nawet nie zdaje sobie sprawę z tego że jest "dziedzicem wszystkiego".

"Rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas [...] I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" - Rdz 1:26-27

"Na to rzekł wąż do kobiety: Na pewno nie umrzecie, Lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło" - Rdz 2:4-5

Diabeł okłamał Ewę mówiąc że jeśli złamie Boży zakaz i zrobi to co chce diabeł to Ewa zyska coś co już miała. Wystarczyło ją tylko przekonać, że tego nie ma. Finalnie "kupił ją za jej własne pieniądze".

Tak samo było z tym starszym synem. Choć mieszkał w domu ojca i pracował w domu ojca to jednak nie znał Ojca. Nie zgadzał się z tym jak postępował Ojciec a jego serce było dalekie od Ojca. W pewnym sensie był on tak samo zgubiony jak ten młodszy, a może nawet bardziej bo młodszy się opamiętał, a o nawróceniu starszego niestety nie czytamy.

Starszy syn jest obrazem uwięzionego w religii niewolnika, który pracuje bo musi. Ma z tego jakąś korzyść (lub nadzieje na coś co ktoś mu obiecał np. diabeł) i zmusza się każdego dnia aby wykonywać coś czego być może (i tak jest najczęściej) wcale nie chce. Psychologia poucza nas, że takie osoby szybko stają się zgorzkniałe i nie rzadko agresywne gdy widzą czyjąś radość lub wolność w postępowaniu innym niż to które narzuca religijne prawo. Jest to duch religii, ale nie o tym teraz. W skrajnych sytuacjach SŁUŻBA i przestrzeganie prawa staje się celem samym w sobie, ważniejszym nawet od tego kto to prawo ustanowił oraz ważniejsze od celu w jakim to prawo zostało ustanowione. Liczy się tylko litera, a jak wiemy litera zabija (2Kor 3:6) 

"Kto nie miłuje, nie poznał Boga, bo Bóg jest miłością." - 1J 4:8

Wróćmy jednak do opisu trzeciego bohatera tej przypowieści czyli do Ojca. Przez wiele lat uważałem, że tak naprawdę to On jest najważniejszym bohaterem tej opowieści i to przedstawienie tej postaci było dla Jezusa najważniejsze, aby w ten sposób pokazać nam jaki jest jego Ojciec czyli sam Bóg.

Po pierwsze Ojciec kochał obu swoich synów ponad wszystko. Kochał ich tak bardzo, że gdy jeden z nich chciał odejść i zmarnować połowę majątku ojca to ten zgodził się bez mrugnięcia. Może wiedział, że będzie to dla syna lekcją, a może po prostu tak bardzo szanował jego wolną wole.

Po drugie Ojciec czekał na powrót syna. Czekał gorliwie i aktywnie (wypatrując z daleka), ale jednak nie naruszał granic suwerennej decyzji syna i nie wchodził do jego życia. Czekał na syna w swoim domu - tam gdzie było najlepsze miejsce do życia dla syna. 

Po trzecie, gdy dostrzegł syna z daleka to pobiegł do niego. Może wydaje się wam to mało ważne, ale wyobraźcie sobie biegnącego staruszka. Jak ważny musiał być powód, aby zmusić starego człowieka do biegu?

Po czwarte Ojciec nie chował urazy. On jej w ogóle nie miał. Prawdopodobnie wybaczył młodszemu synowi jego grzech jeszcze zanim młodszy syn zdążył skończył formułować swoją prośbę.

Po piąte Ojciec natychmiast po powrocie syna podzielił się z nim całym swoim majątkiem i przeznaczył dla niego najlepsze co miał.

Po szóste nawet w obliczu wielkiego święta znalazł czas, aby rozmawiać z synem, który nie chciał świętować i również nie miał do niego żadnych pretensji, wyrzutów ani żalu. Miał zaś dla niego lekcje o tym co najważniejsze - lekcje o miłości czyli najdoskonalszej drodze (1kor 12:30)

Wszystkie powyższe cechy idealnie pasują do opisu Boga i tego jak Bóg traktuje dzisiaj każdego z nas bez względu czy nasze zachowanie jest bliższe opisowi młodszego syna z przypowieści, czy starszego syna.

Jezus skupił się na tym, aby pokazać swoim uczniom (czyli nam), że każdy może uzyskać przebaczenie bez względu czy wpada do rowu po lewej stronie drogi (młodszy syn) czy do rowu po prawej stronie (starszy syn). Ojciec kocha każdego i każdy może żyć tym co ma dla niego ojciec.

"Wtedy Ojciec rzekł do niego: Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje jest twoim" - Łk 15:31

Na to moglibyśmy powiedzieć AMEN i zakończyć. Jednak zastanawiałem się wczoraj nad pytaniem, które zadał mi wiele lat temu mój przyjaciel. Parafrazując: Czy rzeczywiście Jezus wyczerpał tutaj wszystkie możliwe przypadki postępowania uczniów wobec Boga? Mówiąc inaczej: Czy ta przypowieść, aby być w pełni kompletnym obrazem Bożej rodziny nie powinna mieć jeszcze jakichś bohaterów?

Cóż, Jezus powiedział wprost: "Pewien człowiek miał dwóch synów." (Łk 15:11). Przypowieść jest o dwóch synach i Ojcu. Jednak jak mówiłem biblie należy czytać wielowarstwowo, a najgłębsza warstwą tej przypowieści oraz w zasadzie całej biblii jest to jak NALEŻY żyć. Czego Bóg oczekuje od nas - swoich uczniów, albo mówiąc inaczej jaki jest wzorzec idealnego postępowania prawdziwych uczniów Jezusa?

Gdy tak rozmyślałem nad tym, rozszerzyłbym tą przypowieść o trzeciego syna. Tego, który jest idealny. Jaki by on był gdyby Jezus umieścił go w tej historii?

Po pierwsze na pewno byłby on zawsze z Ojcem w jego domu. Byłby on blisko spraw ojca.

"Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, Ja być muszę?" - Łk 2:49

Służyłby w jego domu nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce bo kocha Ojca, a aby kochać musiałby być blisko niego. Znać jego serce. Nasiąknąć jego naturą. Chcieć tego samego co chce ojciec. Radować się z tego samego z czego raduje się ojciec i nienawidzić tego samego czego nienawidzi ojciec.

Musiałby też wykazać odporność na pokusy tego świata. Odrzucić grzech.

Będąc bardziej przyziemnym, a w zasadzie bliżej omawianej przypowieści powiedziałbym dwie rzeczy. Po pierwsze w obliczu sytuacji, gdy jego brat odszedł, a ojciec się smuci idealny syn poszedł by na poszukiwania brata i szukałby go tak długo, aż znajdzie i pomoże mu wrócić do ojca.

Po drugie podczas pracy na polu Ojca nie zapomniałby o samym sobie (bo jego również ojciec kocha). Mówiąc wprost relacja z Ojcem oraz z samym sobą byłaby dla niego ważniejsza niż praca. Nie mowie o tym, że praca na polu ojca nie była ważna, ale o tym co było od niej ważniejsze.

Najważniejsza jest relacja z ojcem. To jest oczywiste bo bez tego łatwo stracić kurs i paść ofiarą ryczącego w około diabła, który kusi błyskotkami tego świata.

Z relacji z Ojcem wynika wiedza o tym kim jesteśmy w nim i co dzięki niemu mamy. I to jest druga najważniejsza rzecz (ważniejsza od pracy na polu) czyli korzystanie z tego co mamy dzięki byciu w nim.

A co mamy? WSZYSTKO. Literalnie: WSZYSTKO. Długo mógłbym wymieniać, wiec skupmy się tylko na tym co wspomniał sam Jezus. Gdy starszy syn zarzucił ojcu brak "towarów na imprezę z przyjaciółmi" ojciec opowiedział WSZYSTKO moje jest twoje. Bierz i jedz. Baw się. Nie tylko pracuj, ale korzystaj.

Co przez to rozumiem? Ano to, że Ojciec chce abyśmy się cieszyli owocami pracy. Korzystali z pieniędzy które zarabiamy. Nie tylko karnie zanosić je do kościoła, ale cieszyli się nimi.

Co wiec zrobiłyby idealny syn? Po pracy na polu wziąłby koźlę ojca  jak swoje, zabił i urządził ucztę dla swoich przyjaciół opowiadając im jak wspaniałego ma ojca. Myślicie, że ojcu było by żal tego kozła? Albo, że pomyślałby, że syn źle zrobił bo nie zapytał? Albo wytknął synowi, że w czasie gdy ten imprezuje to na polu są ciągle braki?

"A gdy to zauważył Jezus, rzekł im: Czemu wyrządzacie przykrość tej niewieście? Wszak dobry uczynek spełniła względem mnie. Albowiem ubogich zawsze macie wśród siebie, ale mnie nie zawsze mieć będziecie" - Mt 26:10-11

Z drugiej strony czy myślicie, że syn, który kocha ojca mogły całymi dniami hulać z kolegami i zaniedbać ojca? Czy doprowadziłby do stanu w którym pole podupadnie co przyczyniło by się do smutku ojca? Czy w chwili wyjątkowej potrzeby nie rzuciłby wszystkiego, aby pobiec na pole i pracować tak długo, aż zażegna kryzys?

Bądźmy wiec jak ten trzeci syn. Pracujmy dla Pana i bądźmy w tym wolni.

A co to znaczy służyć w wolności? Przyrównajmy na chwilę służbę do dawania.

"Każdy [niech daje], tak jak sobie postanowił w sercu, nie z żalem albo z przymusu; gdyż ochotnego dawcę Bóg miłuje" - 2Kor 9:7

Służyć Panu czyli m.in. dzielić się pieniędzmi z kościołem (społecznością ludzi) tak jak podpowiada nam serce. Kochasz to dajesz (czas, pieniądze, życie itp...). Czy można kochać i nie dać? No to zależy kogo kochasz i jak kochasz.

"Jezus powiedział mu: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest pierwsze i największe przykazanie. Drugie jest podobne do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego." - Mt 22:37-39

Kochać trzeba tak samo Boga, tak samo innych i tak samo siebie. Tak samo, a nie bardziej lub mniej. Bo czy można kochać Boga bardziej od siebie? Można kochać Boga ponad swoje życie, ale skoro Bóg kocha mnie, to jak ja mogę nie kochać siebie? Czy jeśli kocham siebie to znaczy, że nie kocham Boga? Jak mogę nie kochać czegoś co kocha Bóg? Jeśli kocham Boga ze wszystkich sił, całym sercem to czy mogę kochać siebie bardziej? 

Otóż jeśli prawdziwie kocham Boga ze wszystkich sił i całym sercem to jedyne co mogę osiągnąć to kochać innych tak samo jak Boga. Nie da się bardziej, bo to by oznaczało, że nie kochałem Boga ze wszystkich sił. Jeśli wiec stawiam Boga na pierwszym miejscu i staram się jak mogę, aby go kochać, a innych kochać tak samo jak jego, to nie tylko, że nie zgrzeszę, ale będę też prawdziwe wolny, aby DAĆ wtedy gdy prawdzie mogę. Nie chodzi bowiem, aby dać z przymusu, ale aby dać z miłości, a aby dać z miłości muszę kochać nie tylko tego, który obdarowuje, ale także i siebie, aby wiedzieć co daję i jaką to ma wartość dla mnie.

Nie mylmy jednak miłości do siebie z egoizmem. Kochajmy tak jak uczy nas kochać Bóg. Czy Bóg jest egoistą? Czy w którymkolwiek miejscu Biblii Bóg myślał TYLKO o sobie? Odpowiedź brzmi: NIE. Jeśli wiec kochasz siebie, tak jak Boga i nie myślisz przy tym TYLKO o sobie to dobrze czynisz. A jeśli myślisz o innych więcej niż o sobie to zastanów się czy aby na pewno kochasz siebie tak jak Bóg kocha ciebie.

To co z tą pracą dla Pana?

Diabeł mówi: "Dawaj tylko sobie. Bądź egoistą." Czy tego uczy nas Jezus? NIE

Religia mówi: "Daj Bogu więcej niż możesz, albo daj zawsze tyle samo bez względu na okoliczności (np 10%)". Czy to jest obraz dawania z serca, który uwzględnia miłość do samego siebie oraz Bożą miłość do ciebie? NIE.

Inna religia mówi: "Daj bo inaczej Bóg przestanie cię kochać, albo daj, to wtedy Bóg będzie cie kochać bardziej (od tych co dają mniej)". Czy to jest obraz Boga, który nie ma względu na osobę i okazuje nam łaskę bez względu na nasze uczynki? NIE.

Ja powiem ci uczniu Chrystusa tak: Masz prawo bawić się z przyjaciółmi majątkiem ojca. Nie musisz dawać z przymusu, a Bóg nie przestanie cię kochać nawet jeśli któregoś razu nic nie dasz bo wydałeś swoje zasoby na samego siebie. Pytanie nie brzmi: Ile masz dać Bogu? Pytanie brzmi: Jak bardzo go kochasz?

Bądźmy jak trzeci syn. Pracujmy dla Pana i bądźmy w tym wolni.







niedziela, 19 listopada 2023

Autyzm a Chrześciajństwo

Niewielu ludzi podejmuje ten temat. Jeszcze mniej ludzi jest w stanie go w pełni zrozumieć. Prawie na pewno i ja także. To co napiszę poniżej jest trudne w odbiorze dlatego, aby mieć pewność, że dobrze się rozumiemy przynajmniej teologicznie upewnij się, że znana ci jest Esencja doktryny chrześcijańskiej. Tekst ten nie jest idealnym wykładem naukowym choć ma rys wykładu i jest swoistym kompendium wiedzy na temat (albo dobrym wstępem). Ostania część jest swojego rodzaju manifestem. Wołaniem o poprawę, wrażliwość i zmiany.


1. Kim jest Autysta ?

"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, Stworzył go na obraz Boga, jako mężczyznę i kobietę stworzył ich" - Gen 1:27

"Dziękuję Ci, że mnie tak cudownie stworzyłeś. Godne podziwu są Twoje dzieła. I dobrze znasz moją duszę" -aPsalma139:14

Bóg stworzył ludzkość na swój obraz i podobieństwo. Patrząc na różnorodność Bożego stworzenia nie sposób przeoczyć, że Bóg uwielbia różnorodność. Dlatego też korona stworzenia - człowiek, a w zasadzie ludzie, także są różnorodni.
Łatwo widać różnorodność w wymiarze fizycznym: wysoki, niski, gruby, chudy, biały, czarny, z włosami blond, rudymi, czarnymi, z oczami piwnymi bądź błękitnymi, zielonymi, a nawet fiołkowymi. Różnorodności w duchu objawiają się różnorodnymi obdarowaniami przez jednego tego samego Ducha Bożego (1Kor 12:11), który używa naszego ducha ludzkiego. I tak jedni zostają apostołami, inni prorokami, inni ewangelistami, pasterzami i nauczycielami (Ef 4:11), czy odnajdują swoje powołanie w niemniej ważnych służbach miłosierdzia, organizacji, pracy z dziećmi, czy służbie porządkowej. Nie jest wiec niczym dziwnym, że Bóg zaplanował także różnorodność psychiczną i nie mówię tutaj o gustach.

Przez tysiąclecia ludzie byli różnorodni psychicznie, i jak w każdej dziedzinie przez cały ten czas od Adama do dzisiaj w grzesznym świecie "przeżywają" tylko najsilniejsi. Można by rzec anty-biblijnym językiem "selekcja naturalna". A jednak Bóg nie zaplanował selekcji naturalnej wśród ludzi, bo on uczynił WSZYSTKICH doskonałymi i to pomimo różnorodności.
Aby to lepiej zrozumieć zarysujmy idealistyczny przykład dwojga zdrowych ludzi w tym samym wieku. Jednego osiłka o 2 metrach wzrostu i 130 kilogramach wagi oraz drugiego, który ma 160 cm wzrostu i waży 60 kg. Gdyby postawić ich w sytuacji braku żywności i konieczności rywalizacji, który z nich by przeżył? A gdyby w czasie, gdyby ten większy "pakował" mięśnie na siłowni, ten mniejszy używając swojej wizjonerskiej inteligencji, był w stanie skonstruować pistolet prochowy? Który z nich wygrałby konfrontację?
Konfrontację wymyślił diabeł, aby choć jednego z nich zniszczyć, a drugiego osłabić. Bóg tymczasem zaplanował współpracę, aby obaj się bogacili i byli bezpieczni.

W XX w naukowcy odkryli, że za różnorodność psychiczną odpowiedzialne są neurony (to z nich składa się nasz biologiczny mózg oraz cały układ nerwowy w każdej części naszego biologicznego ciała). Prace badawcze nad tym zagadnieniem dopiero nabierają tempa, ale już dziś możemy ogólnie podzielić ludzi na neurotypowych oraz na neuro-nietypowych (lub w skrócie atypowych) tzn. wykazujących istotne odmienności od poprzedniej grupy. Na początku myślano, że atypowość jest po pierwsze chorobą, po drugie, że jest rzadkością. Dzisiaj wiemy, że obie te tezy były błędne.
Po pierwsze, neuro-atypowość jest powszechna. Według rożnych badań może obejmować od 20% do 40% społeczeństwa (badania prowadzone w społeczeństwach tzw. zachodnich, jednak wyniki te skalują się również na inne kultury).
Po drugie, neuro-atypowość nie jest chorobą fizyczną, nie powstała też pod wpływem demonicznym. Neuro-atypowość jest darem Boga takim samym jak zdolność mówienia. Nikt nie mówi, że zdolność do pięknego śpiewu jest wynikiem choroby. Podobnie nie wolno nam nazywać chorobą innych rzadko spotykanych zdolności. Tylko diabeł - ojciec kłamstwa - chcący nas poróżnić oraz zniszczyć poprzez wykluczenie, podsuwa takie tezy.

Neuro-atypowość nie jest jednym prostym ścisłym do nazwania zestawem cech, tak samo jak nie jest prostym i ścisłym podział ludzi według koloru skóry czy innych wskaźników naszej różnorodności fizycznej. Niemalże niemożliwe jest znaleźć dwoje ludzi o identycznej neuro-atypowości podobnie jak prawie niemożliwe jest znalezienie dwojga ludzi o identycznym co do milimetra wzroście lub identycznym co do ułamka herca kolorze włosów (wyjaśnienie: kolory to tak naprawdę częstotliwość fali światła odbitego od danej powierzchni, którą odbiera nasze oko, a mózg nadaje jej znaczenie czyli konkretny "kolor". Częstotliwość fali mierzy się w jednostce Herc.). Naukowcy często nazywają atypowość słowem SPEKTRUM, czyli według słownika języka polskiego wachlarzem, zakresem, wielorakością. Jest to więc zbiór lub oś, na której znajdują się różne odcienie różnorodności psychicznej człowieka jako gatunku. W takim ujęciu na jednym końcu osi byłyby osoby bardzo silnie atypowe, a na drugim końcu osoby typowe lub mówiąc inaczej, osoby nieposiadające cech, które uznajemy za atypowe. Takie podejście bardzo wyraźnie pokazuje, że nie ma ostrej granicy, po przekroczeniu której dana osoba jest atypowa bądź nie. Granica ta jest umowna i jak na razie jeszcze przez naukowców niedoprecyzowana. W pewnym sensie każdy człowiek posiada odrobinę cech atypowych. Obecnie naukowcy ograniczają się wiec jedynie do mniej lub bardziej subiektywnego określenia, czy ktoś spełnia lub nie spełnia jednego lub wielu kryteriów upoważniających do dostania "naklejki" jakieś "dysfunkcji" czyli "inności od standardu" wyznaczonego przez większość populacji, która z definicji będzie nazywana neuro-typową.

Z historycznej zaszłości najczęściej mówi się o spektrum autyzmu jako bardzo wyraźnemu reprezentantowi neuro-atypowości. Autyzm nie jest jednak czymś wielce rożnym od innych znanych potocznie pojęć takich jak dysleksja, dyskalkulia, dysgrafia i wiele innych dysfunkcji. Nazwa "dysfunkcji" jest w ogóle pejoratywna i kojarzy się negatywnie. Słowo to jednak wymyśliły osoby neurotypowe, aby pokreślić, że ktoś "dysfunkcyjny" jest inny niż oni. Analogicznie w innej rzeczywistości, gdyby to ludzie neuro-atypowi stanowili w społeczeństwie większość moglibyśmy sobie zdefiniować, że to BRAK zdolności przejawianych przez ludzi atypowych byłby dysfunkcją. Aby być uczciwym, musimy wiec odrzucić negatywne nacechowanie słowa dysfunkcja lub najlepiej w ogóle przestać nazywać obdarowania ludzi atypowych słowem dysfunkcja, i zastąpić je słowem cecha lub dar.

Warto dodać, że współcześnie coraz więcej ludzi dostaje naklejkę jakiejś dysfunkcji przyklejonej przez jakiegoś mniej lub bardziej wyedukowanego diagnostę. Czasami zdarza się, że taki człowiek z nalepką jest symulantem lub po prostu leniem, który szuka wymówki od pracy uczenia się np. ortografii. Często jednak, okazuje się że naprawdę jest on neuro-atypowy, i że zamiast podążać ścieżką ludzi typowych, powinien znaleźć swoją własną dla ludzi atypowych.

Osoby neuro-atypowe przejawią, wiec pewne specyficzne symptomy, które ja nazywam cechami. Różne podtypy nauro-atypowości mogą mieć tylko część z tych cech lub mieć je wszystkie o rożnym nasileniu. Oto niektóre z nich (kolejność losowa): 
  • Trudności w rozumieniu żartów, przenośni, żargonu, itp...
  • Mowa nadmiernie konkretna (za dużo szczegółów), często metaforyczna lub skrajnie dosłowna,
  • Ekscentryzm, egocentryzm (nie mylić z egoizmem),
  • Nie elastyczność (często skrajna), życie w schematach,
  • Są jak dzieci: mówią, co myślą bez filtrowania,
  • Wąskie, ekscentryczne i obsesyjne zainteresowania (życie we "własnym" świecie),
  • Bardzo wysoka inteligencja tzw. matematyczna i pamięciowa przy jednoczesnej bardzo słabej inteligencji tzw. emocjonalnej,
  • Myślenie i mówienie obrazami, silna zdolność wizualizacji skomplikowanych brył lub pojęć niefizycznych,
  • Nieszablonowe rozwiązania tzw. nierozwiązywalnych problemów,
  • Bardzo dobra pamięć (czasem nawet fotograficzna),
  • Brak wyważania ryzyka (całkowite lekceważenie lub przesadna ochrona),
  • Brak zdolności przewidywania emocji i zachowań innych przy jednoczesnej wielkiej empatii i wrażliwości,
  • Zdolność do widzenia bardzo nieuchwytnych sygnałów np. pierwszych oznak alienacji u innych ludzi,
  • Zdolność wchodzenia w tzw hiper-fokus (stan silnego skupienia poprawiający wydajność myślenia, ale wywołujący ból i agresje, gdy zostanie niespodziewanie przerwany),
  • Ograniczona zdolność do "tradycyjnego" uczenia się pisania, czytania i liczenia (np. trudność w zrozumieniu, że słowo "kot" lub obrazek kota to jedynie "reprezentacja" kota, a nie żywy kot),
  • Trudność z skupieniu się wystarczająco długo na jednej rzeczy, aby ją doprowadzić do końca,
  • Nadruchliwość lub nadaktywność fizyczna, silna potrzeba stymulacji mięśniowej (czucie głębokie),
  • Częste przekonanie o swojej nieomylności, co prowadzi do radykalności w poglądach i metodach komunikacji tych poglądów,
  • Zdolność wyczuwania niuansów w bodźcach dźwiękowych, świetlnych, dotykowych, zapachowych a nawet smakowych, przez co są mało odporni na intensywność tych bodźców (stąd mówi się o nich "ludzie w miękkich szatach"),
  • Szczerzy i prawdomówni, aż do bólu, a przez to często naiwni (jak dzieci). 
 
Wszystkie te symptomy wynikają z jednej wspólnej cechy, jaką jest inne od typowego, działanie mózgu. Niektóre z powyższych symptomów mogą się wydawać sprzeczne wzajemnie. Wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności wymagałoby napisania wielostronicowego artykułu naukowego, a nie jest to moim celem. Wspomnę jedynie, że mózgi ludzi atypowych odbierają do 30 razy więcej bodźców niż mózg człowieka typowego. Oznacza to, że w danym środowisku, w którym są bodźce np. mechaniczne, świetlne, dźwiękowe, temperaturowe itp. mózg osoby atypowej będzie 30 razy bardziej obciążony ich przetwarzaniem w stosunku do osób typowych. Mózgi ludzi typowych albo wcale tych bodźców nie odbierają, albo są w stanie odfiltrować je w taki sposób, aby nie być nimi obciążonym.

Ronald D. Davis w książce "Dar Dysleksji" nazwał te "sposoby działania" mózgów jako werbalne i niewerbalne, lub liniowe i równoległe, a obdarowanie tym drugim rzadszym typem nazwał darem. Bo tym właśnie ono jest.

W literaturze przedmiotu zawsze podkreśla się, że osobami neuro-atypowymi (np. dyslektykami, autystykami, "dziwakami") byli zapisani w historii dziejów ludzkości najwybitniejsi wizjonerzy i kreatorzy wszelkiego postępu. Miedzy innymi: Albert Einstein, Izaak Newton, Leonardo Da Vinci, Amadeusz Mozart, Pablo Picasso, Henry Ford, Walt Disney, Nelson Rockefeller, Winston Churchill, Steve Jobs i wielu. wielu innych. Zainteresowanym szczerze polecam biografie wyżej wymienionych.

Ludzie neuro-atypowi są inni. Nie gorsi czy lepsi. Po prostu inni od ludzi tzw. typowych. Oni są inni, bo ich mózgi i układ nerwowy są inne. Inaczej odbierają i inaczej przetwarzają bodźce oraz informacje do nich płynące. Powoduje to bardzo daleko idące konsekwencje w życiu społeczeństwa, które tworzą te dwie grypy: typowi i atypowi. Tak jak pisałem wcześniej może powstać miedzy nimi rywalizacja albo współpraca. Obecnie w grzesznym świecie panuje dyktatura tych typowych, objawiająca się zmuszaniem tych nietypowych, aby być "typowym". Aby robić to, co robią "typowi", w sposób w jaki rozumieją to "typowi" i do tego w warunkach wygodnych dla ludzi "typowych".

"To cud, że ciekawość jest w stanie przetrwać formalną edukację" - Albert Einstein

Można by tu pisać bez końca o przykładach. Przytoczę wiec tylko jeden. W wspomnianej książce "Dar Dysleksji" bardzo szczegółowo opisuje się metodologię i sposób rozumowania osób typowych i atypowych w edukacji szkolnej. Autor wyjaśnia dlaczego większość geniuszy nie potrafi zaistnieć społecznie będąc prześladowanym i wpędzanym w kompleksy już na etapie szkoły podstawowej za sprawą systemu wymuszającego rozwiązywanie zadań według klucza, a nie celu (tzn. droga dojścia ważniejsza niż efekt końcowy).

"Logika zaprowadzi Cię z punktu A do B. Wyobraźnia - wszędzie" - Albert Einstein

Ta dyktatura, czyli kompletne ignorowanie inności osób atypowych prowadzi u nich do niebywałej ilości cierpienia i dramatów, a nierzadko i samobójstw fizycznych oraz duchowych poprzez rezygnację ze służby Panu. Ludzie atypowi w niewygodnych dla nich butach ludzi typowych są okradani ze swoich talentów, bo ich po prostu nie używają. Okradzeni, zarżnięci i wytraceni . Idealny obraz owocu szatana. A jaka jest Boża alternatywa ?

"[Diabeł] przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać. Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały" -aJi10:10

Bóg kocha różnorodność, współistnienie i współpracę różnorodności. Zamiast dyktatury powinno być koegzystencja i symbioza. Stworzenie środowiska w którym oba neurotypy mogą maksymalizować swoje zdolności.

W książce Dar Dysleksji, Ronald D. Davis zachęca, aby człowiek neuro-atypowy zamiast na siłę próbować być "typowym" zaakceptował swoją atypowość. Odnalazł swoje własne powołanie i dary i zaczął z nich korzystać dla osiągnięcia celu, nawet jeśli będzie to zrobione w sposób inny, niż chcieliby tego ludzie typowi. Obecnie ludzie typowi najczęściej nie rozumieją metod pracy, talentów i wymagań ludzi atypowych. Jest im wygodnie w świecie przystosowanym tylko do nich. Wygoda prowadzi do lenistwa. Lenistwo do zaniechania podjęcia zmian. Zaniechanie prowadzi do ignorancji potrzeb drugiej strony, a ignorancja prowadzi do przymusu stwierdzenia, że to wina tej drugiej strony i że trzeba ich "leczyć" najczęściej pod przymusem. Każdy z tych elementów jest grzechem, który powinien być piętnowany.

Na koniec tej części podkreślę jeszcze jedną rzecz. Każdy człowiek zarówno typowy jak i atypowy bez pomocy zbawiciela jest człowiekiem grzesznym, a jego serce jest skażone. Są owszem ludzie lepsi i gorsi pod względem etyki, ale pamiętajmy, że człowiek, który przyjmuje Chrystusa, gdy jego duch rodzi się na nowo, zawsze zmienia się na lepsze. Wszyscy ludzie bez względu na to czy neurotypowi czy nie, potrzebują zbawienia i pomocy Ducha Świętego, aby móc stać się najlepszą wersją samego siebie - zdrową społecznie, zdolną do czynienia tylko dobra i powstrzymania się od grzechu. Kto bowiem grzeszy bez względu na neurotypowość jego mózgu będzie człowiekiem przykrym dla innych. Niestety grzeszna wersja wyjątkowych ludzi jest najczęściej wyjątkowo przykra.

Literatura uzupełniająca:
  • Dr Stuart Shanker - "Self-Reg"
  • Lek. Psych. Kristin Leer - "ADHD Mózg Łowcy"
  • Dr Camilla Pang - "Jak Działają Ludzie"
  • Dr Ronald D.Davis - "Dar Dysleksji"
 
2. Autyści w Biblii

Jeżeli faktycznie nawet 40% ludzi jest neuro-atypowych, to wnioskuję, że także niektórzy biblijni bohaterowie powinni być atypowi. Uważam, że tak właśnie jest. Biblia nie mówi tego wprost, bo w czasach współczesnych powstawaniu tych ksiąg nikt nie używał takich pojęć. Nie to było też celem autorów poszczególnych jej ksiąg. Biblię należy jednak czytać wielowarstwowo i wyciągać informacje także z tego, co jest napisane nie wprost. Wszystko, co jest w Piśmie, jest Bożym przekazem dla ludzi, choć przekazy te mają różny stopień "ważności" (2Tym 3:16).

Nawet dzisiaj nie jest łatwo zdiagnozować jednoznacznie niektórych ludzi, a już tym bardziej nie jest łatwo zdiagnozować ludzi historycznych w oparciu jedynie o mniej lub bardziej dokładne opisy ich życia i twórczości. Możemy jedynie teoretyzować, a ostateczny werdykt każdy będzie musiał podjąć samodzielnie.

Jednym z profesjonalnych badaczy, który podjął próbę przyjrzenia się biblijnym bohaterom i nie tylko, jest profesor psychiatra Michael Fitzgerald. Oprócz niego podobne próby podejmowało również wielu innych wybitnych przedstawicieli zarówno środowiska chrześcijańskiego jak np. John Shea, jak i środowiska popularyzatorów wiedzy o autyzmie jak Temple Grandine. Zdaję sobie sprawę, że wśród czytelników niewielu posiada wykształcenie profilowe diagnosty, a doświadczenie w tym, aby wiedzieć "na co patrzeć" jest niewielkie, dlatego nie będę teraz prowadzić wyczerpującej akademickiej debaty z argumentami za i przeciw, a jedynie przedstawić kilka dających do myślenia przykładów.

Najczęściej przytaczany jest przykład Jana Chrzciciela. Jego zachowanie tzn. bardzo specyficzny ubiór, dieta, aspołeczny tryb życia oraz jego bezkompromisowość w wypowiedziach, brak refleksji, co do konsekwencji swoich słów czy wydarzeń, oraz obojętność na odbiór jego słów jest bardzo typowe dla osób z spektrum autyzmu zwłaszcza osób z tzw. zespołem Aspergera. Mam tu na myśli fakt, że gdyby na chwile nie patrzeć na duchowy aspekt działań i wypowiedzi Jana, i porównać je z zachowaniami i sposobem komunikacji innych współczesnych ludzi zdiagnozowanych jednoznacznie jako obdarowanych zespołem Aspergera, to widać uderzające podobieństwo.

Subiektywnie oceniłbym również Apostoła Pawła jako osobę neuro-atypową. Jego ponadprzeciętna inteligencja, bezkompromisowość, radykalność i prostolinijność w poglądach ("Chrystus jest wszystkim, a reszta to śmiecie") czyni go jako osobę trudną do naśladowania przez ludzi neurotypowych. Czytając jak działał, jak się wypowiadał i komunikował, zarówno o sobie samym jak i o sprawach kościoła, widzę typowy "sposób myślenia" osoby neuro-atypowej. Charakterystyczne jest np. jego "wyparcie alternatywy" wobec tego, w co sam wierzył i głosił, oraz pewnego rodzaju brak empatii do ludzi, którzy tego nie przyjmowali. Nie mówię o braku miłości, ale o deptaniu przez apostoła wolności wyboru myślenia rozmówców. Jest to bardzo typowe dla osób z zespołem Aspergera. O czymkolwiek oni nie mówią, mają zawsze 100% pewności, że jest to jedyna możliwa prawda, zmuszając rozmówców do przyjęcia ich sposobu myślenia, co bardzo często prowadzi do agresji drugiej strony o alternatywnych poglądach. Być może wiec nie wszystkie "problemy" apostoła z rozwścieczonym tłumem wynikały tylko i wyłącznie z konfrontacji ducha czystego z nieczystym.

Podobne zachowanie i sposób myślenia przejawiał także Eliasz. Jego słowa "na moje słowo nie spadnie teraz deszcz" (1Krl 17:1) mogłyby sugerować, że nie było to do końca konsultowane z Bogiem, i że jest to jedynie przejaw ludzkiej impulsywności emocjonalnej Eliasza połączonej z radykalnością, bez przemyślenia konsekwencji. Ponieważ jednak miał w tym Boży rodzaj wiary i Boży autorytet, stało się tak, jak powiedział, za co potem musiał "odpokutowywać" modląc się do Boga, aż siedem razy, aby to odkręcić i sprowadzić deszcz. Neuro-atypowość Eliasza mogłoby też potwierdzać jego załamanie nerwowe, którego doświadczył pod wpływem demonicznej presji Jezebel. Zobaczmy ten paradoks. Eliasz jako osoba wrażliwa, walczy z "depresją" pod drzewem nie radząc sobie z presją i życzy sobie śmierci (1krl 19:4). Chwilę wcześniej z zimną krwią własnoręcznie zabił 400 proroków, jednego po drugiem. Nawet gdyby uśmiercał ich w czasie: jednego na 5 sekund, to wychodzi ponad pół godziny. Ciężko mi sobie to wyobrazić u osoby neurotypowej, jednocześnie wiem, że dla autystyków byłoby to wręcz banalnie proste. U takich ludzi wahania emocjonalne od radykalizmu do depresji są opisywane przez badaczy jako typowe i charakterystyczne.
 
Z Biblijnych bohaterów podejrzewałbym także króla Dawida. Znowu: radykalność w poglądach, brak refleksji co do niebezpieczeństwa lub reakcji słuchaczy. Radykalność w poglądach np. wierność króli Saulowi pomimo całkowicie otwartej "wojny" jaką Saul prowadził przeciwko Dawidowi. Dalej jego melancholia i trudności w radzeniu sobie w relacjach międzyludzkich co widzimy chociażby w braku nagany wobec nieposłusznego syna Absaloma oraz kompletnie niezrozumiałe dla człowieka neuro-typowego niezdolność Dawida do podjęcia walki z nim podczas otwartej konfrontacji. Równie dziwne jest zachowanie Dawida po śmierci Absaloma - zdrajcy i wywrotowca państwowego, którego król kazał opłakiwać w czasie gdy lud chciał się radować zwycięstwem z przywrócenia praworządności w kraju.

Skoro o królach mowa zwróćmy też uwagę, że normą czasów współczesnych Dawidowi jak i później również, było to, że królowie mieli swoich doradców. Byli to ludzie którzy nie szli bezpośrednio na wojnę, a jednak byli dla królów bardzo "użyteczni" skoro decydowali się oni utrzymywać takich "darmozjadów" na dworze królewskim z "pensją", której zazdrościła im znaczna większość społeczeństwa. Tu również możemy doszukać się obecności nauro-atypowości i talentów, które się z nią wiążą. W szczególności zdolności ponadprzeciętnego kojarzenia faktów, dostrzegania niuansów, czy inteligencji przestrzennej w tym taktycznej przy jednoczesnej niezdolności tych ludzi do zostawania np. oficerami polowymi wojska. Biblia wspomina o takich ludziach na dworach królów Judejskich i Izraelskich. Wspomina też o tego typu ludziach na dworach królewskich co najmniej od czasów imperium Egipskiego i faraonów.

Nie mogę ominąć tutaj postaci o której wiemy bardzo mało jednak osobiście subiektywnie uważam ją za 100% neuro-atypowca. Mowa o Jabesie, którego biblia wspomina jako "znakomitszego z pośród swojego pokolenia" (1Krn 4:10). Jego nieszablonowa, wręcz wywrotowa modlitwa (bezpośrednie bez udziału kapłana zwrócenie się do Boga i sposób moglibyśmy powiedzieć "bezczelny" i egoistyczny) pokazuje jego radykalizm i determinacje z powodu cierpienia i prześladowań jakich doświadczał (wyśmiewanie z powodu imienia, cierpienie fizyczne, niedostatek, strach itp.). Cierpienia te jak i rozwiązanie, które przyjął są tożsame z cierpieniami ludzi współcześnie atypowymi.

Choć nie mamy gwarancji, że tak właśnie było, motyw osoby neuo-atypowej w służbie Jezusa pięknie pokazany jest w serialu The Choosen w reżyserii Dallasa Jenkinsa z roku 2017. Filmowy apostoł Mateusz jeden z 12 najbliższych współpracowników Jezusa jest bardzo typowym autystą. Podobnie Tomasz, który był od Mateusza trochę mniej atypowy (inny punkt w spektrum). Serial pięknie pokazuje jak Jezus szukał do swojej drużyny mającej podbić świat różnorodnych ludzi włączając w to neuro-atypowych. Serial jest oczywiście beletrystyką chrześcijańska jednak jeśli przyjrzymy się bliżej informacjom, które biblia dostarcza na temat dwunastu uczniów Jezusa (zwłaszcza wyedukowanym okiem specjalisty od spraw neuro-atypowości) znajdziemy wiele przesłanek wskazujących, że teza autorów tego serialu jest słuszna (co najwyżej trochę przerysowana, aby poprawić czytelność przekazu).

Jak widać na omawianych przykładach neuro-atypowość nie tylko nie wyklucza służby dla Boga, ale wręcz jest cechą pożądaną w wielu ważnych dla Boga kwestiach. Bóg ma bowiem zadania dla ludzi neuro-typowych, w których atypowy by sobie nie poradził jak np. zarządzenie ludem przez Mojżesza czy zdobycie ziemi obiecanej przez Jozuego, jak i zadania dla ludzi atypowych jak np. wspomniani wyżej prorocy czy apostołowie. Wszystko to w Bożym planie miało się uzupełniać i być po prostu częścią jego planu pomocy ludzkości. Najpierw poprzez zakon ukazującą grzech i potrzebę Boga, a potem poprzez kościół, który ustanawia wolność duchową przywróconą przez mesjasza Jezusa.


3. Autyści w Kościele Bożym

"Teraz zrozumiałem, że Bóg nie ma względu na osobę" - Dz 10:34

Każdy człowiek jest dla Boga tak samo cenny i tak samo "potencjalnie" użyteczny. Bóg chce użyć do swojego dzieła każdego kto mu na to pozwoli i "da się użyć" poprzez wystarczający poziom posłuszeństwa. Zarówno jego słowu zapisanemu w Biblii jak i objawionemu proroczo. Powołanie każdego jest inne i nie powinniśmy martwić się tym, że inny brat czy siostra czyni coś dla Pana lepiej niż my. O ile staramy się, ze wszystkich sił, Bóg na pewno jest z tego zadowolony.

Ludzie mogą to jednak oceniać inaczej. Nawet ludzie w kościele mają wciąż resztki nieprzemienionej natury z którą muszą walczyć każdego dnia (Rz 7:14-25). W konsekwencji pojawia się pokusa, aby oceniać tych, którzy robią coś inaczej niż my jako "robiących to źle". Oczywiście liderzy kościoła muszą oceniać wzrost i w razie potrzeby korygować, jednak mówię tu o ocenianiu owoców rożnych ludzi - czyj owoc jest lepszy, albo czyja metoda uzyskania owocu jest lepsza. Ten grzech (oceniania i porównywania owocu) stał się wręcz podwaliną wszelkich podziałów w ciele Chrystusa, ale to inna historia. Gdzie jest środek miedzy walką z herezją i wypaczeniem słowa Bożego, a radykalnym izolacjonizmem i "monopolem" na prawdę tego nie rozstrzygniemy tak łatwo, wiec zostawmy ten temat upoważnionym przez Boga liderom i sumieniu każdego z osobna.

Wracając do wątku, w sercu każdego człowieka może pojawić się pokusa oceny, że ktoś neuro-atypowy, który "odstaje" od normy, robi coś gorzej lub służy Panu w niewłaściwy sposób. Oczywiście na potrzeby dyskusji załóżmy, że mówimy o ludziach, którzy naprawdę starają się jak mogą służyć Bogu i nie ma w nich grzechu lenistwa i zaniedbania. Taki rodzaj grzechu może bowiem przyjść na każdego człowieka bez względu na jego psychikę.

Niestety kościół, który nie ma wrażliwości Ducha Świętego na te materię, może wpaść w stan zafiksowania się na celu (jakikolwiek by ten cel nie był). Widziałem i słyszałem o kościołach, które oficjalnie przyjmują "każdego", kto tylko pokutuje bez względu na to jak bardzo dziwny by nie był. Potem chrzczą tych ludzi, dają im biblie, czasem chrześcijańską wiedzę, a potem mniej lub bardziej oficjalnie mówią "radźcie sobie teraz sami", "tu nie ma dla was miejsca". Tzn nie akceptują ich w pełni i nie przyłączają do społeczności tak jak powinni. Wielu ludzi "dziwnych", którzy przed nawróceniem doświadczali społecznego odrzucenia często nawet po nawróceniu i ochrzczeniu, nadal jest społecznie odrzucona w kościołach z powodu swojej "inności" lub/i neurologicznej trudności w samodzielnej adaptacji społecznej. Ludzie typowi najczęściej nawet tego nie zauważą. Ktoś był i nagle go nie ma, bo nie miał z kim porozmawiać lub dlatego, że nikt nie chciał słuchać jego dziwnych "mądrości". Aby to dostrzec przydają się właśnie ludzie atypowi, którzy są wyczuleni i bardziej spostrzegawczy.

"We wszelkiej pokorze i cichości, z cierpliwością znosząc się nawzajem w miłości, usiłujcie zachować jedność ducha przez więź pokoju." - Ef 4:2-3

Kolejnym problemem współczesnego kościoła jest problem pogoni za bodźcami. Kiedyś chrześcijanie zbierali się w kościele, aby wielbić Boga "bez wspomagaczy". Mniejsze grupy spotykały się po domach w których nawet podczas intensywnej modlitwy nie było bardzo głośno. Ap. Paweł w 1Kor 14 wskazywał, że na spotkaniach powinien być zachowany porządek. Większe grupy ówczesnych chrześcijan, które mogły mieć jakikolwiek sprzęt wydający dźwięki (na którym grano dla Chwały Bożej) najczęściej spotykali się domach bogatych członków kościoła zawierających patio lub na terenach otwartych. Nigdy na spotkaniach kościoła głośność mierzona w decybelach nie przekraczała tolerancji dla normalnego człowieka i zapewne bardzo rzadko przekraczała normy tolerancji dla osób o wysokiej wrażliwości na bodźce. Z wyjątkiem bodźców dźwiękowych podczas naprawdę intensywnych pieśni uwielbienia w zasadzie kościół nie generował sam w sobie żadnych bodźców fizycznych dla swoich członków.

Sytuacja drastycznie zmieniła się w epoce elektryczności, zwłaszcza w XX wieku, gdy wzmacniacze dźwięku stały się powszechnym dobrem społecznym. Całe społeczeństwa, a w ślad za nimi kościoły zaczęły wnosić elektronikę do codziennego funkcjonowania stopniowo licytując się na głośność podczas codziennego życia. Świecka demoniczna zasada "kto krzyknie głośniej" sprawiła, że warunki bodźcowania fizycznego lawinowo zaczęły się zmieniać daleko poza granice wytrzymałości osób neuro-atypowych.

Ludzie neurotypowi, którzy jak pisałem wcześniej stosując wobec atypowych dyktaturę, nie odczuwają większej różnicy, gdy podkręcimy decybele głośnika postawionego w małym zamkniętym pomieszczeniu, gdzie fala dźwiękowa nie ma gdzie się rozproszyć inaczej niż tylko poprzez ciała zgromadzonych ludzi (fizyka uczy, że aby fala dźwiękowa mogła wygasnąć musi się "wchłonąć" w miękką materię inną niż ściany budynku). Do tego dochodzą bardzo rzadko występujące w naturze niskie częstotliwości zwane basami, które dudnią w klatkach piersiowych lub skrajnie wysokie częstotliwości, które często są niesłyszalne dla ludzi typowych, a wywołują fizyczny ból uszu u wielu zwierząt oraz niektórych ludzi atypowych. Jeśli dodać do tego modne mrugające stroboskopowe kolorowe i intensywne światła reflektorowe dostaniemy istną salę tortur dla osób neuroatypowych. Gdyby diabeł mógł zaprojektować miejsce i umieścić w nim znienawidzonych przez siebie ludzi to właśnie ten rodzaj cierpienia by tam doświadczali.

Sam fakt istnienia tych urządzeń nie jest zły. Mają one nawet swoje pozytywne możliwości dla rozprzestrzeniania się królestwa Bożego (choćby poprzez zwiększanie zasięgu głosu na otwartych przestrzeniach). Umieszczanie ich jednak w kościele rozumianym jako zamknięta sala/pomieszczenie jest albo wyręczaniem szatana w jego robocie, albo świadome "wyautowanie" istotnej części członków kościoła zmuszając ich do emigracji kościelnej, albo wynika z kompletnej nieświadomości. Chce wierzyć, że powodem jest to ostatnie i stąd właśnie ten artykuł.

Ktoś neurotypowy mógłby zapytać czy autysta, nie może na chwile zacisnąć zębów i wytrzymać w głośnym kościele, skoro tak wielu ludzi widzi w tym korzyść? Czy nie może się przełamać? Poświęcić dla Pana? Oczywiście, że może! Tyle, że nie za darmo. Przypuśćmy, że taki neuroatypowy autysta przychodzi rano do kościoła i ma 100 jednostek energii. Typowy człowiek zużyłby pewnie od 80 do 100 na modlitwę dla Pana i słuchanie słowa (te 20 pewnie by zgubił z powodu grzechu i rozproszenia). Tymczasem autysta zużyje 40 na walkę z hałasem i światłami, 20 na walkę ze strachem z powodu przebywania w środowisku, którego nie może uznać za bezpieczne (nowi ludzie, nieprzewidywalność wydarzeń itp) i pozostaje mu tylko 40 na służbę dla Boga, i ewentualny grzech rozproszenia. Kto wiec okradł Boga z tych 60 pkt zaangażowania? Ten biedny autysta, który mimo cierpienia nadal przychodzi na wspólne zgromadzenia, czy może jednak nieczuli/nieświadomi liderzy kościoła, którzy taki stan rzeczy tolerują (tzn. nadmiar hałasu i mrugających światełek) ?

Niektórzy argumentują, że w niebie po zmartwychwstaniu także będzie głośno, wiec "trzeba się przyzwyczajać" oraz ogłaszać atmosferę nieba na ziemi poprzez hałas. Argument ten jest chybiony, bo ci, którzy tak twierdzą, zapominają, że w niebie wszyscy dostaniemy identycznie idealne ciała, bez różnic w działaniu układu nerwowego. Ten warunek nie zachodzi jednak tu na ziemi. Tak wiec w odróżnieniu od czasów po naszym zmartwychwstaniu, teraz tak samo jak musimy jeść i oddychać tak samo musimy dbać o ograniczenie hałasu. Zwłaszcza gdy jesteśmy neuroatypowi.

Jeśli chrześcijanie nauro-typowi mają ochotę pójść sobie na chrześcijański "koncert rockowy" z wielką ilością decybeli, basów i stroboskopowych świateł to nie ma w tym żadnego problemu. Problem i to poważny jest wtedy gdy próbują oni wdrażać takie mini koncerty na ogólnych spotkaniach kościoła, gdzie przychodzą też dzieci i neroatypowi członkowie, którzy nie przyszli na "koncert", ale aby szukać Boga.

Podkreślę, że rozwiązaniem NIE JEST cisza i całkowity brak pełnej energii modlitwy z głębi naszego ducha oraz ciała, która przełamuje naszą cielesność i duchowy wrogi klimat w około. Taka modlitwa nie może być mruczeniem pod nosem. Ona musi być głośna, a czasem nawet musi być w niej element krzyku (choć rzadko). Chodzi jednak o ograniczenie sztucznych wzmacniaczy dźwięku zwłaszcza w pomieszczaniach zamkniętych. Bez wzmacniaczy nawet modlitwa która prowadzi do zatrzęsienia się ziemi rzadko kiedy będzie bolesna dla neuro-atypowych uczestników, a już na pewno nie będzie ona "zabijać w nim ducha" jak to się ma w przypadku typowego autysty na koncercie.

Kiedyś przeczytałem taką tezę, z którą się głęboko zgadzam, że gdyby z dnia na dzień zabrać z ziemi Ducha Świętego to większość kościołów, by tego nawet nie zauważyła i robiła dalej to samo co do tej pory - starała by się być grupą dobrych ludzi, którzy opowiadają mniej lub bardziej biblijnie poprawnie o teoretycznym Bogu.

Podobnie do tezy powyższej, stawiam swoją tezę, że gdyby zabrać prąd elektryczny to większość kościołów - zgromadzeń ludu Bożego - w ogóle nie umiałaby przeprowadzić spotkania, na którym modlitwa przyciągnęłaby Bożą obecność, i na którą Duch Święty mógłby swobodnie przyjść i działać przemieniając ludzkie życie. Generalizując, tak jak pokolenie milenialsów nie umie już żyć bez smartfonów tak współcześni chrześcijanie bardziej bazują na zmysłach ciała niż na głębi ducha. Innymi słowy ludzie stali się duchowo leniwi będąc niejako niesionym na elektronicznych wspomagaczach. Może to jest właśnie przyczyna coraz rzadszych manifestacji działania Ducha Świętego w kościołach? Bo cytując jednego z pastorów "Na co ma zstąpić Duch? Na radio?"

To co diabeł wypaczył Bóg jednak planował inaczej.

"Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. [...] Gdyby całe ciało było wzrokiem, gdzież byłby słuch? Lub gdyby całe było słuchem, gdzież byłoby powonienie? Lecz Bóg, tak jak chciał, stworzył [różne] członki umieszczając każdy z nich w ciele. [...] Raczej nawet niezbędne są dla ciała te członki, które uchodzą za słabsze. Te które uważamy za mało godne szacunku, tym większym obdarzamy poszanowaniem. Tak przeto szczególnie się troszczymy o przyzwoitość wstydliwych członków ciała, bo te, które nie należą do wstydliwych, tego nie potrzebują. Lecz Bóg tak ukształtował nasze ciało, że zyskały więcej szacunku członki z natury mało godne czci by nie było rozdwojenia w ciele, lecz żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem." - 1Kor 12:12-25

Ap. Paweł w swoim kościele do uczniów w Koryncie podkreślił potrzebność różnorodności w kościele. Mało tego, podwójnie podkreślił, że ci z pośród członków wspólnoty którzy mogliby uchodzić na "wstydliwych" np. z powodu swojej "inności neurologicznej" mają być traktowani przez zbiór ze szczególną uwagą i troską. Wprost jest powiedziane. że zbór powinien prowadzić w swoim życiu społecznym pewne "działania troski" pomimo, że większość (ta neurotypowa) by ich nie potrzebowała.

Dlaczego wiec kościół ma "spowalniać", aby dopasować się do delikatnych i wrażliwych atypowych członków? Jaką rolę w kościele Boga żywego mają pełnić osoby neuro-atypowe?

Po pierwsze Bóg kocha różnorodność, a ciało ma składać się z wielu różnych narządów w którym każdym potrzebuje każdego i nikt nie jest samowystarczalny. Cytując klasyka można by rzecz "po pierwsze wystarczy". Możemy do tego jednak dodać więcej powodów. Wymieńmy niektóre. Autyści (lub po prostu osoby neuro-atypowe) są:
  • Wrażliwi na sprawy pomijalne przez innych np. widzą pierwsze symptomy słabości czyjeś wiary lub szerzej struktury kościoła,
  • Jak dzieci. Ich wiara jest często radykalna i bezwzględna na opinie. Mówią to co Bóg chce, aby było powiedziane, bez względu na koszty "społeczne" (Mt 18:3).
  • Niezwiązani poprawnością polityczną lub kulturową.
  • Mądrzy i twórczy ponad normę. Często są wizjonerami. Co w połączeniu z wrażliwością sprawia ze mogą np komponować niezwykłe pieśni prosto z pod Bożego tronu.
 
Kościół jeśli chce być zdrowy i silny potrzebuje takich ludzi za wszelką cenę. Jeśli tą ceną jest rezygnacja z elektrycznych wzmacniaczy i mrugających światełek to jest to bardzo niska cena. Zazwyczaj cena ta jest wyższa bo jest nią przede wszystkim akceptacja dla inności, poświęcenie swojej wygody i wsparcie w obszarach w których neuro-atypowi sobie nie radzą: w relacjach, rozmowach i w przyjaźni, a czasem nawet i praktycznym pokazaniu drogi przez zagmatwany i głośny świat.

"Ale teraz wy, którzy niegdyś byliście dalecy, staliście się w Chrystusie Jezusie bliscy przez krew Chrystusową. Albowiem On jest naszym pokojem, On z dwóch grup ludzi uczynił jedną, gdy kosztem swojego ciała usuną wrogość, mur podziału [i niezrozumienia], który te grupy rozdzielał." - Ef 2:13-14


4. Podsumowanie

"Kto [się czuje] słaby, niech mówi: Jestem bohaterem!" - Joel 3:15b

Jeżeli jesteś osobą neuro-atypową (lub podejrzewasz siebie o to) to NIE BÓJ SIĘ TEGO. Bądź z tego dumny, bo także o tobie biblia mówi, że jestem ukochanym dzieckiem Boga (1J 3:1), potrzebnym na tym świecie, aby w pełni objawić moc królestwa Bożego. Masz dar i używaj go, w przeciwnym razie możesz zostać osądzony o zakopanie swojego talentu ze strachu (Mt 25:18). Poświęć czas, aby poznać siebie, swój dar i swoje ograniczenia od strony prawdy tzn. poprzez diagnozę i porady ekspertów, a nie poprzez narzucone czyjeś opinie i standardy (zwłaszcza ludzi niewyedukowanych w temacie), a wtedy prawda cię wyzwoli (J 8:32). Prawda ta uzdrowi cię do życia, które zaplanował dla ciebie Bóg. Bez zmagań i cierpienia, ale pełnego owocu i szczęścia. Bo wszystko ma swoje miejsce i swoje własne zasady działania. Musisz je tylko poznać i stosować. 
Nie bój się w tym celu iść na diagnozę do specjalisty, ale też nie przyjmuj bezgranicznie tego co mówią niezbawieni lekarze. Pogłębiaj wiedzę i dziękuj Bogu za to jak cudownie cię stworzył.

Jeśli zaś jesteś osobą neurotypową to przede wszystkim otwórz oczy na fakt, że otaczają cię ludzie neuro-atypowi o odmiennych potrzebach i odmiennych granicach bólu do twoich. Nie bądź obojętny. Pogłębiaj swoją wiedzę o tych ludziach (np. czytając książki, które poleciłem wyżej), a wzrośnie twoja empatia i współczucie , a poprzez to także i miłość braterska. Dziękuj Bogu za fakt, że Bóg stworzył tak cudownych ludzi i pomóż im w ich nieporadności, a Bóg ci to wynagrodzi bardziej niż myślisz. Pamiętaj, że tacy ludzie mogą nie umieć poprosić o pomoc i mogą cierpieć w ukryciu, gdy słuchasz głośnej muzyki lub gdy dziwisz się, że nie umieją znaleźć (lub utrzymać pracy). Nie oceniaj i nie krytykuj! Pomóż, a wtedy wspólnie sięgniecie gwiazd i wypełnicie wolę Boga dla was.
A jeśli masz wpływ bo jesteś pastorem lub liderem służby technicznej, po prostu zarządź zmniejszenie ilość decybeli i świateł lub zasięgnij opinii eksperta jak dostosować aranżacje pod kątem osób atypowych neurologicznie. Na pewno twój kościół na tym tylko zyska!

"A ktokolwiek by napoił jednego z tych najmniejszych [i najsłabszych] choćby tylko kubkiem zimnej wody jako ucznia, zaprawdę powiadam wam, nie straci zapłaty swojej" - Mt 10:42